Reklama

Zmieniła mnie piłka nożna. Drugie plecy Hetmana Zamość

fot. Bogdan Nowak fot. Bogdan Nowak
Rozmowa z Andrzejem Cichockim, wieloletnim działaczem Włókniarza Frampol, byłym graczem Sokoła Zamość.

- Pochodzi Pan z Frampola?

- Nie. Urodziłem się w Zamościu w 1951 roku. Mieszkałem jako dzieciak w domu przy ulicy Ogrodowej. A grałem jako piłkarz w nieistniejącym już, odrębnym Klubie WZMot (chodzi o Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne) Sokół Zamość. To były takie, że tak powiem, drugie plecy: zaplecze Hetmana Zamość – tej niezwykle dla nas ważnej drużyny. Pewnie także dziś byłbym w stanie wymienić jej skład z lat 60. ubiegłego wieku, łącznie z rezerwowymi. A jeśli ktoś się nie mieścił w tej drużynie, trafiał do Sokoła. Byłem młody gdy tam grałem: w Puławach w ramach pucharu polski, pamiętam też m.in. mecz w Modliborzycach. Trochę tych rozgrywek było. Jednak zainteresowanie piłką nożną sięga moich wczesnych, szkolnych lat. Ja wtedy po prostu musiałem być na wszystkich meczach, oglądać je, omawiać. Nie było dla mnie żadnych przeszkód: jakieś lekcje, ważne egzaminy. Chodziłem na mecze i koniec. Nie zawsze było tam jednak bezpiecznie. W pamięci została mi pewna wojenka kibiców Stali Kraśnik z Hetmanem Zamość. To się odbywało na naszym stadionie, przy ul. Królowej Jadwigi. Doszło wtedy do rozróby, burdy. Powybijano szyby w autokarze Stali. Co ciekawe, Janek Janda, najlepszy chyba w tym czasie napastnik ligi był zawieszony w grze w Hetmanie, ale poszedł do Stali Kraśnik. Do drużyny, która walczyła w dwóch pojęciach: na boisku i można powiedzieć… bezpośrednio!

- Opowie Pan więcej o tej „wojence”?

- Pamiętam, że awantura była wówczas naprawdę potężna. W to wszystko wdała się milicja i inne służby. Bałem się do domu wrócić normalną drogą. W końcu stało się tak, że wpadłem do parkowego stawu, w sąsiedztwie stadionu. Ruszyłem wpław. I tak przemaszerowałem po dnie na drugi brzeg. Do domu nie chciałem jednak mokry wrócić. Poszedłem wówczas do ciotki, która mieszkała na Starym Mieście, obok dawnej Akademii Zamojskiej. Tam się wysuszyłem. I dopiero wtedy mogłem wrócić do rodziców. Uczyłem się wtedy w trzeciej klasie technikum elektrycznego w tym mieście, może w drugiej. To mógł być zatem 1967 lub 1968 rok. Nie pamiętam jednak czy to był mecz pucharowy, czy ligowy. Ludzi na tym meczu było jednak wielu, a Stal była w tym czasie wyróżniającą się drużyną. Za to Hetman Zamość miał już takie grupy zorganizowano, tak jest zresztą do dzisiaj. O iskrę zapalną nie było trudno.

- Kibice przychodzili wówczas na mecze z flagami, transparentami?

- Nie było z tym tak jak w dzisiejszych czasach. Nie mieliśmy haseł klubowych, flag, proporców. Brakowało takiej kolorowej oprawy zawodów. Zwarte środowisko kibicowskie dopiero się rodziło, ale już potrafiło dać o sobie znać. Na meczu, o którym opowiadam, bili się na całego. Doszło też do wtargnięcia jakiegoś kibica na płytę boiska. Nie udało się ustalić czy był zwolennikiem Stali czy Hetmana. Wszystko jedno. A jak jeden, to wbiegło tam również wielu innych. I zrobiła się wojownicza chmara. A potem emocje przeniosły się poza stadion.

- W jaki sposób?

- Kibice Stali uciekli do tych autokarów z już powybijanymi szybami. I udało im się odjechać. Zamojscy kibice nie dali za wygraną! Ruszyli w okolice dworca kolejowego. Na skróty, ulicą Wiśniową. Dotarli na miejsce dzisiejszego ogrodu zoologicznego. Tam szykowali się na kolejne przyjęcie, czy raczej no… waleczne pożegnanie autokarów. Jednak Stal Kraśnik ich przechytrzyła. Autokary pojechały inaczej, w kierunku Lublina. Dopiero przez Wysokie dotarli na swój teren. Uciekli.

- Jakie były rozmiary tej awantury, ilu w niej uczestniczyło kibiców?

- Można jej uczestników liczyć w setkach.

(Pamiętny mecz Hetmana Zamość ze Stalą Kraśnik wspominał też na stronie „Zmieniła mnie piłka nożna” w mediach społecznościowych Konrad Łyp. Był to komentarz pod fragmentem rozmowy z Andrzejem Cichockim, który tam zamieściliśmy: „Odnośnie pamiętnego spotkania Hetmana Zamość ze Stalą Kraśnik to "znam" je z opowieści mojego Ojca, świadka tamtych wydarzeń” – pisał Konrad Łyp. „Mecz był niejako o awans do trzeciej ligi, stąd tak duża obecność kibiców Stali w Zamościu. Mecz „ewidentnie sprzedany” - według opowieści ówczesnych działaczy Hetmana. LOZPN robił wszystko, aby uniemożliwić awans zamojskim piłkarzom. Mecz był ostry, Hetman miał przewagę, zdobył prawidłowo bramkę, ale sędzia niestety jej nie uznał. Na trybunach zrobiło się gorąco. Hetman dalej atakował, zdobył drugą bramkę, niestety sędzia ponownie nie uznał prawidłowo zdobytego gola. Na boisku zaczęły się wówczas przepychanki i według informacji mojego Taty i p. Janka Jandy do sędziego podbiega p. Janek i z wściekłością próbuje uderzyć sędziego. W ostatniej chwili ktoś łapie pana Jandę za rękę uniemożliwiając cios w kierunku sędziego. Na nieszczęście sędzia opisuje wszystko w protokole meczowym. Spotkanie kończy się walkowerem na korzyść Stali, a najlepszemu piłkarzowi Hetmana grozi dożywotnia dyskwalifikacja za próbę pobicia sędziego. LOZPN okazuje jednak "łaskę", a karą ma być... roczna gra Jana Jandy w barwach Kraśnika. Ciekawostką tego pamiętnego meczu była oprócz totalnej rozróby, bójka dwóch milicjantów w mundurach - jeden z Kraśnika drugi z Zamościa - którzy dość mocno okładali się służbowymi pałkami.…”).

- A ile osób w tych czasach przychodziło na mecze piłkarskie?

- Naprawdę wielu. A ja byłem taki, że próbowałem się wszędzie wcisnąć. Przychodziłem na mecze wiele godzin wcześniej. Spotkanie było na przykład o godzinie 13, to ja już o dziewiątej stałem przy stadionie. A przychodziłem tam z zamojskiego Nowego Miasta, więc miałem kawałek. Mieszkaliśmy wówczas przy ul. Ogrodowej w drewnianym domku... I to wszystko była naprawdę frajda dla takiego dorastającego człowieka jakim wówczas byłem. Próbowałem się też wkręcić bliżej piłkarzy, chociaż, żeby im buty przetrzeć. Piłki się szmatkami czyściło, wręcz głaskało je. To dzisiaj nawet trudno sobie na obiektach sportowych wyobrazić. Teraz czasami trudno nawet kogoś uprosić, żeby podał piłkę zza bramki podczas meczu. To były jednak inne czasy. A jak moja twarz była już znajoma, to panowie, którzy stali na stadionowych furtkach, bileterzy. puszczali mnie.

- A co na to wszystko rodzice?

- Nie byli z tego oczywiście zadowoleni. Woleli, żebym się uczył, siedział w książkach. Chcieli, żeby coś ze mnie było. A ja myślałem inaczej – u mnie piłka nożna była na pierwszym miejscu. Do kościoła musiałem na przykład w niedzielę iść, to wybierałem się na mszę o szóstej rano. Bo był jakiś mecz i trzeba było na to przeznaczyć dzień. Mój tato Franciszek zmarł jednak na nowotwór w 1968 roku, właśnie w tym okresie, o którym opowiadam, jak byłem w trzeciej klasie technikum. Miał 58 lat. Mama dożyła natomiast 101 lat. Zmarła trzy lata temu. Miała na imię Maria. Mam też brata i siostrę. A jeśli mówią o mojej rodzinie, to chciałbym w tym miejscu wspomnieć także Jacka Wszołę (to urodzony w 1956 roku znakomity lekkoatleta, który specjalizował się w skoku wzwyż; był dwukrotnym uczestnikiem igrzysk olimpijskich; w pierwszym swoim starcie Montrealu w 1976 roku zdobył złoty, a cztery lata później w Moskwie – srebrny medal – przyp. autorzy). On był moim bratańcem, kuzynem ze strony ojca. Tak się to wszystko w życiu i w moich wspomnieniach przeplata.

- A w jakich latach grał Pan w Sokole Zamość?

- To był koniec lat 60. ubiegłego wieku. Graliśmy B-klasę, a potem A-klasę. I tyle.

- Pamięta Pan kolegów z drużyny?

- Widzę tych chłopców dosłownie przed oczyma, ale nie wszystkich pamiętam. Olek Gaca był kapitanem, gospodarzem, prezesem. On miał wówczas jakieś stanowisko wyższe w WZMocie, zresztą imienia Róży Luksemburg. Franek Bulak – jego brat grał w Hetmanie. Stasio Cybulski, Heniek Konstantynowicz, dwóch Rabiegów, dwóch Jandów. Przypomniał mi się też Tadek Czwal, który chodził ze mną do klasy. Jego tato był zegarmistrzem. On także udzielał się sportowo w Zamościu. A ja w „Sokole” grałem na lewym skrzydle. Nie byłem może jakoś bardzo wyróżniającym się zawodnikiem, ale trener często stawiał na mnie.

- A gdzie rozgrywaliście mecze?

- Na stadionie Hetmana Zamość. Zamykam oczy i widzę w wyobraźni ten dawny obiekt.

- Co Pan widzi?

- Był ogrodzony. Wejście na obiekt było mniej więcej w tym miejscu, gdzie jest obecnie. Brama od strony parku. Murawa boiska była dobra, a w tym czasie nawet wyróżniająca się. Trybuny wybudowano na tym obiekcie drewniane: w dziesięciu do 15 rzędach. Nie zamontowano tam krzesełek, ale ławy, a same wały stadionowe były gołe, bez fasad, uskoków. Istniała też jedna kryta trybuna. Z tego miejsca wychodzili na boisko piłkarze. Bo zaraz za trybuną był parterowy budynek, taki pożal się Panie Boże.

- Opowie Pan o nim?

- Jak się wracało z boiska, to po prawej stronie były w nim szatnie dla zawodników drużyny gospodarzy i gości. Po lewej - pomieszczenie dla sędziów oraz jeszcze jedno, ale nie pamiętam do czego służyło. Nie można było tam skorzystać z natrysków, były tylko umywalki. Ogólnie dość prymitywne warunki, dzisiaj nie do pomyślenia. Ale dbał o stadion pan Jan, zatrudniony na etacie gospodarz obiektu. Obok boiska stała natomiast wieża spadochronowa, gdzie ćwiczyli adepci tego sportu. A gdy był remont obiektu na ul. Królowej Jadwigi, to mecze odbywały się na terenie jednostki wojskowej w Zamościu, już za drugą bramę – gdzie skoszarowani byli żołnierze. Boisko było po lewej, w stronę drogi na Skierbieszów. To był tylko plac z bramkami. Bez trybun. Na terenie jednostki wojskowej odbywały się także zawody bokserskie Hetmana. Graliśmy również z Sokołem na boisku w WZMocie przy ulicy Młyńskiej – naprzeciwko zakładu.

- Jak wyglądało?

- Mieściło się na ówczesnym, dużym targowisku, gdzie odbywały się jarmarki. W każdy czwartek można tam było zobaczyć mnóstwo furmanek, koni. Dlatego przed treningami musieliśmy pozbierać z boiska siano, spalić je na ognisku i dopiero można było kopać w piłkę. Teraz tam jest osiedle mieszkaniowe. Jednak w zakładzie mogliśmy po treningach korzystać z natrysków, umywalek. A to było w tym czasie coś. Pamiętam, że naszym trenerem był pan Tadeusz Baranowski. Jego dwóch synów także grało w Sokole. Pamiętam takie zdarzenie związane z naszym trenerem. Pojechaliśmy na mecz w Łabuniach. Mieliśmy chwilę przed spotkaniem, więc ze Staśkiem Wardachem wyszliśmy z samochodu ciężarowego z dwiema lub trzema ławami na pace – bo takim nas wożono – i poszliśmy wypić po małym piwku. To był ciepły dzień. Potem wybraliśmy się do szatni. Wtedy jakoś przypadkiem otarłem się o naszego trenera. A on zaraz powiedział: „Andrzej wróć, chuchnij mi tu”, a po chwili usłyszałem „Nie grasz dzisiaj”. Tyle. Nie tłumaczył dlaczego, nie pytał czy ja wiem dlaczego. A ja się już nic nie odzywałem. Kolega też nie zagrał w tym meczu. Zostaliśmy ukarani. Nie zapomnę tego do końca życia.



- Dlaczego Pan o tym opowiada po tylu latach?



- To było ważne, ja się zmobilizowałem. I nigdy potem o piwie nawet nie myślałem przed meczem. Bo jak alkohol, to nie sport.

- Czy chciałby Pan wrócić na stadion Hetmana z lat 60. i obejrzeć tam jeszcze jeden mecz? A może jakieś spotkania zagrać z Sokołem?

- Na pewno. Często wracam do wspomnień, chwil, które się przeżyło. I różne sytuacje zapadły w moją pamięć. To na przykład taki mecz, gdy filigranowy Jacek Styczyński, grający na lewym skrzydle w Hetmanie - z numerem 11 brylował po boisku.

- Jak wyglądał Zamość w Pana młodości? Opowiadał Pan o swojej przygodzie w parku, domu rodzinnym na ulicy Ogrodowej.

- Chodziło się wszędzie, tam gdzie trzeba było i tam, gdzie nie. Na przykład nad zamojski zalew, przez ogrody działkowe. Teraz jest tam droga dojazdowa od strony Starego Miasta. Wtedy jeszcze nie została wybudowana. A młodzież była psotna. Przechodziła przez płot, robiła w nim dziury, po troszku, po troszku. I tak powstawały nowe przejścia. Właściciele reagowali, ale potem dali sobie spokój z natrętną młodzieżą. Pamiętam jak poszliśmy nad zalew na dzień wagarowicza i się w nim kąpaliśmy. To było nasze miasto, znaliśmy każdy zaułek. W 1970 roku skończyłem jednak technikum – wtedy miałem maturę - i trafiłem do wojska: do jednostki 3351 w Mrągowie, na szkółkę łączności lotniczej. Jeszcze przed poborem pracowałem jako energetyk w Samodzielnym Oddziale Wykonawstwa Inwestycyjnego w Zamościu. Często jeździłem też w delegacje. Byłem najpierw elektromonterem liniowym, a następnie stacyjnym. Po wojsku wróciłem do zakładu. Po pewnym czasie skierowano nas na rozbudowę urządzeń energetycznych we Frampolu. W tej miejscowości zapoznałem obecną żonę Marię Teresę, z domu Marchewka. I we Frampolu zostało się.

- A jak się zaczęły Pana związki z Włókniarzem Frampol?

- Gdy wzięliśmy ślub, mieszkaliśmy na początku u rodziców małżonki. Jej brat cioteczny – Andrzej Miazga wciągnął mnie w lokalny, frampolski sport. On był związany z Włókniarzem, grał na bramce. Mówił: „Chodź, co będziesz tak łaził, piwkował”. To go posłuchałem. Grałem we Włókniarzu jako piłkarz. Z zaangażowaniem! Pamiętam na przykład pewien mecz z drużyną z Bełżca. Oni zawsze słynęli z tego, że grali twardo. Bliżej końca meczu nas już zostało na boisku ośmiu, bodajże. I Zbyszek, już nie żyjący, mówi do nas: „Nie schodzić, wytrzymać jeszcze parę minut. Do końca”. Bo chcieliśmy, żeby się ten mecz jednak odbył. Ale oni kopali nas strasznie! Jak nasi zawodnicy schodzili z boiska, to nie dlatego, że ich sędzia usunął. Tylko sami się na to decydowali, bo mówili, że chcą mieć całe nogi! Efekt? Prowadziliśmy trzy do zera, a przegraliśmy pięć do trzech. Ale dotrwaliśmy jakoś. Kto u nas wtedy grał? Stasiek Siemczyk, który mieszka daleko od Frampola, nieżyjący Zbyszek Wach, Andrzej Miazga, Heniek Odrzywolski, Marian Dycha zwany Tajfunem. On był naszym bramkarzem.

- W jakich warunkach graliście?

- Nasze boisko było wtedy po prostu na pastwiskach. Bo okoliczni gospodarze hodowali bydło. Ono było jakieś 500 metrów od obecnego, istniejącego obiektu we Frampolu. Jednak gdy związałem się z Włókniarzem, zaczęliśmy starać się o to, żeby zrobić normalny obiekt sportowy. Od naszej wspólnoty gruntowej klub wydzierżawił grunt. I chcieliśmy wybudować stadion. W czasach PRL-u nic nie dało się jednak załatwić. Dlaczego? Gmina po prostu nie mogła nas sponsorować, bo działka nie należała do niej. Musieliśmy więc kombinować. Jak? Boisko zostało przekazane gminie. I mogliśmy zacząć myśleć o inwestycjach. A ja w klubie pełniłem różne funkcje, nawet w nim prezesowałem. To było jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku. Po prostu piłka nożna szła ze mną wszędzie. Nawet gdy byłem elektromonterem w zakładzie. Tam też organizowane były przecież różne, integracyjne rozgrywki, a potem mistrzostwa: dla całego rejonu.

- A skąd nazwa tego klubu? Przecież nie jesteśmy np. w Łodzi, gdzie jest rozwinięte włókiennictwo?

- Obok boiska, nasz pierwszy sąsiad, to były zakłady dziewiarskie „Cepelia”.

- A jednak! Do tego typu działalności przemysłowej ta nazwa nawiązuje.

- Tak. To był słynny zakład. Powstawały w nim różne chusty, obrusy i inne przedmioty o charakterze ludowym, a właściwie do niego nawiązującym. Oni nas przez jakiś czas sponsorowali. Dysponowali np. samochodem ciężarowym. Od nich ten pojazd dostawaliśmy, na wyjazdy. Częściowo też wspomagali klub finansowo. Niestety ten zakład został zlikwidowany, a warsztaty tkackie zostały zniszczone. Szkoda, bo sporo ludzi było w tym zakładzie zatrudnionych.

- Czy pamięta pan, iż stan wojenny wpłynął jakoś na miejscowy sport? Czy były utrudnienia, jeśli chodzi o funkcjonowanie klubu?

- Nie pamiętam tego dokładnie. Wiem tylko, że w stanie wojennym miałem całodobową przepustkę, w zawiązku z tym, że pracowałem w ruchu ciągłym, w zakładzie energetycznym. On był zresztą zmilitaryzowany. Zapamiętałem jednak inne zdarzenie. Był wieczór, a ja przebywałem wówczas w domu. Dzyń, dzyń – ktoś dzwoni do drzwi. Moje dzieci – syn i córka - były jeszcze wtedy małe, miały po kilka lat mówią: - Tato, wojsko przyszło! Otwieram drzwi, a tam stoi kapitan i dwóch żołnierzy, takich zwykłych, szaraków. Skóra na mnie ścierpła! - Dzień dobry panu – mówią i salutują. - Dzień dobry – odpowiadam. I pytam o co chodzi? A oni tłumaczą, że chcą wejść do środka. A u mnie – jak u wielu obywateli, bo czasy były ciężkie – na kuchence gazowej stał gar z bimbrem (to było wówczas nielegalne)! I było go czuć z daleka.

- Groza.

- Pewnie, wiadomo co się wtedy działo. Na rynku naszego miasteczka stał przecież w stanie wojennym sztab wojskowy, a cały plac był okablowany. W banku było coś w rodzaju ich sali narad. Widzieliśmy tylko takie pajęczyny przewodów łączności: wojska i milicji. We Frampolu mieliśmy nawet szlaban kontrolny: w miejscu, gdzie się wyjeżdża od nas do Janowa Lubelskiego. Tam jest teraz most, targowisko. I pewien mój znajomy, jeszcze z Zamościa był w tym ludowym wojsku kapitanem. To on wszedł wówczas do mojego domu, bo dowiedział się, że tutaj obecnie mieszkam. Początkowo nie poznałem go. A on dopytuje jak gdyby nigdy nic: - Co pan taki smutny? - Z czego się weselić... – odburknąłem. - A on tylko popatrzył i powiedział: - Andrzej, dawaj szklankę i polewaj! Bo my czasu nie mamy! No i sprawa się wyjaśniła. Tyle, że ja do nich mówię: - Nie będziecie pić. I tyle. No bo jak to tak? Oni postawili w tym czasie swoje pepeszki koło naszej meblościanki kuchennej. Zobaczył je mój syn Radek. Złapał jedną z tych pepeszek i na całe gardło zawołał: - Ta, ta, ta, ta, ta! Wykonał też taki ruch jakby strzelał. Nigdy tego nie zapomnę….Jakoś to się wszystko jednak rozmyło, bo to był dzieciak przecież. Takie mam wspomnienia ze stanu wojennego. Naprawdę najadłem się strachu.

- Dziesiątki lat jest pan związany z klubem we Frampolu. Był pan piłkarzem, prezesem, wieloletnim działaczem. Różne bywały przecież koleje losu.

- Ciężko dzisiaj złapać kierunek opowieści. I trudno opowiadać o sobie... Tyle się przecież we Włókniarzu działo. Miliony spraw: sportowych, gospodarczych, ludzkich. Można o tym bardzo długo mówić. O wiele rzeczy trzeba było dosłownie walczyć, bywały też prawdziwe, lokalne wojenki. Nie wszystko jest tak jak chciałem... Nie brakuje też anegdot. Przeróżnych. Powstał jednak w końcu – i to tak naprawdę zupełnie niedawno - obiekt sportowy z boiskiem i trybunami na 280 miejsc, który teraz wszyscy możemy we Frampolu oglądać. Są tam również organizowane dożynki, gminne festyny itd.

- Co praca społeczna panu dała?

- Jak większości działaczom, wiele... kłopotów i utyskiwań, z każdej strony. Słyszy się: - Nie trzymałbyś się, gdybyś nie miał w tym interesu. Ale ważniejsza jest jednak osobista satysfakcja i zadowolenie. I to jest! Ja tym wszystkim po prostu żyję! I zawsze tęsknię do piłki nożnej. Żona mówi, że czasami coś w nocy wykrzykuję i kopię nogą w ścianę. A ja jej tłumaczę: - Przecież we śnie bramkę strzelałem. Poznałem też wiele osób, także jeżdżąc po terenie. Masę ludzi ciekawych. Przez ostatnie trzy lata nie opuściłem żadnego meczu w regionie. Tam było i jest moje miejsce, chociaż zdrowie nie na wszystko pozwala, już się po prostu chylę, niedomagam. Jestem jednak wszędzie, obojętnie gdzie toczą się rozgrywki: w Hrubieszowie, Tomaszowie Lub. I to mi wiele daje. Muszę też dodać, że moją drugą pasją jest żużel. Tak się to wszystko jakoś – Bogu dziękować – w moim życiu poukładało.

- Czy młodzi ludzie garną się we Frampolu do gry w piłkę?

- Jak wszędzie. Był okres, że napływ młodzieży do klubu był bardzo duży. I te nasze grupy młodzieżowe – trampkarze, juniorzy młodsi i inne kategorie - dobrze stały w środowisku zamojskim. Byłem z tego bardzo zadowolony. Znałem dobrze wszystkich, każdego z nich. I wiele się też u nas organizowało, działo, w tym turnieje halowe. Dzisiaj też młodzi u nas są, grają, tyle, że ja już ich wszystkich nie znam tak dobrze…

- Lubelski związek odebrał prowadzenie rozgrywek zamojskiemu Okręgowemu Związkowi Piłki Nożnej. Jak pan ocenia tę decyzję?

- W dobie elektroniki, ktoś może powiedzieć, że było to słuszne. Uważam jednak, że to był błąd, źle to zrobiono. Co dobre, zabrano. Gdy istniał OZPN w Zamościu, nie było miesiąca, żebym tam nie przyjeżdżał, przychodził. Czasami jechałem np. po coś do Zamościa prywatnie i wstępowałem na dwa słowa. Dzięki temu człowiek był na bieżąco z wieloma sprawami. Takie kontakty są bardzo ważne. Do Lublina też czasami zaglądałem, ale odległość jest zbyt duża.

- Chciałby pan komuś podziękować za wsparcie, pomoc, życzliwość?

- Bardzo dobre stosunki miałem i mam z Stanisławem Pryciukiem, prezesem zamojskiego OZPN. Świetnie współpracowało mi się także z jego poprzednikiem – Pałką. Jest on nawet moim kuzynem, ze strony mojego ojca. Za ich życzliwość warto tutaj podziękować.

Rozmawiali Tomasz Tomczewski i Bogdan Nowak (tekst jest fragmentem powstającej właśnie książki pt. „Zmieniła mnie piłka nożna”).

Skomentuj

- Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
- Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
- Portal ezamosc.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.
- Użytkownik publikując komentarze reprezentuje własne poglądy i opinie, biorąc pełną odpowiedzialność karną i cywilną za publikowane treści.
- Pola wymagane są oznaczone *
- Twój adres email nie będzie opublikowany
- Korzystając z opcji 'komentarz', akceptujesz zasady regulaminu i politykę prywatności.
- Aby dodać komentarz, musisz zaznaczyć pole "Nie jestem robotem", tym samym potwierdzasz, że akceptujesz zasady regulaminu

Powrót na górę

Narzędzia

Follow Us

Reklama

ezamosc.pl

Polecamy

Sekcje