"Bić się do ostatniej kropli krwi i zwyciężyć". Porytowe Wzgórze. Tam drzewa nadal szumią o bohaterskich partyzantach
- Napisane przez Bogdan Nowak
- Skomentuj jako pierwszy!
- Czytany 661 razy
- Wydrukuj
foto: Bogdan Nowak
Przed obławą
Była to jedna z najważniejszych batalii partyzanckich w okupowanej Polsce. Starcie odbyło się 14 czerwca 1944 roku. Leśnym udało się na Porytowym Wzgórzu (w lasach janowskich) wyrwać z pierścienia okrążenia niemieckich wojsk. Szacuje się, że ściągnięte tam oddziały niemieckie liczyły ok. 30 tysięcy uzbrojonych po zęby żołnierzy. Wspierała ich artyleria i lotnictwo.
Tę ważną, partyzancką bitwę można dzisiaj odtworzyć głównie na podstawie relacji. Jedną z nich spisał Mikołaj Kunicki ps. „Mucha”, dowódca jednego z partyzanckich oddziałów (mieszkał i zmarł w Zamościu: pisaliśmy o nim na naszych łamach kilka razy). Zostały one wydane m.in. w 1967 roku w książce pt. „Pamiętnik Muchy”.
Nie tylko on uwiecznił ten trudny czas. Bezcenne wspomnienia spisał także w latach 60. ubiegłego wieku Konrad Bartoszewski (mgr filozofii, por. rezerwy WP, komendant rejonu AK Józefów w obwodzie biłgorajskim, ps. „Wir”, „Zadora”, „Łada".
„Na początku czerwca 1944 r. nadeszły pierwsze meldunki o koncentracji nowych silnych jednostek Wehrmachtu w rejonie Zamościa, Biłgoraja, Tomaszowa Lub. i Krzeszowa” - pisał „Wir”. „Wydawało się to uzasadnione zbliżaniem się frontu. Niebawem jednak rozlokowanie niemieckich jednostek wojskowych zaczęło budzić podejrzenie, że są to przygotowania do zakrojonej na dużą skalę akcji oczyszczającej zaplecze frontu (…). Wbrew jednak oczekiwaniom akcja, która rozpoczęła się 9 czerwca, skierowała się na kompleks Lasów Janowskich, położonych na zachód od Biłgoraja”.
W czerwcu 1944 r. Zamojszczyzna była zapleczem niemieckiej armii „Północna Ukraina”, która przygotowywała się do walki z wojskami sowieckimi. Coraz częściej pojawiały się tutaj jednostki frontowe Wehrmachtu, a po torach przetaczały się — dobrze chronione — transporty z zaopatrzeniem, amunicją i bronią. W tej sytuacji oddziały partyzanckie (polskie i radzieckie) miały coraz bardziej ograniczone możliwości działania.
Jednak leśni nie ustępowali. 2 czerwca żołnierze z kompanii ppor. Pawła Runkiewicza ps. „Czarny” wzięli w Grabowcu do niewoli dwóch żołnierzy Wehrmachtu. W odwecie Niemcy aresztowali we wsi Dańczypol kilkunastu zakładników. Poprowadzono ich w kierunku Grabowca. Partyzanci postanowili ich odbić. Drużyna plut. Michała Jarosza ps. „Sten” urządziła zasadzkę. Zabito jednego z Niemców, reszta się wycofała (do walki doszło na rogatkach Grabowca). Z drugiej strony zaatakowała ich jednak m.in. drużyna Józefa Swatka. Niemcy zaczęli się desperacko bronić w zabudowaniach wsi Dworzyska. W końcu poddali się. Wzięto do niewoli 18 żołnierzy, a zakładników odbito.
Innych akcji także nie brakowało. 6 czerwca oddział Armii Ludowej pod dowództwem Jana Błażejczaka ps. „Pilot” wykoleił np. pociąg towarowy na odcinku Ruskie Piaski — Złojec. Uszkodzono m.in. lokomotywę (przerwa w ruchu trwała kilka godzin). Minę wysadzono tego dnia także m.in. na torach z Miączyna do miejscowości Koniuchy.
W sumie w pierwszej połowie czerwca leśni wykonali sześć takich akcji kolejowych (9 czerwca żołnierze BCh zniszczyli most na rzece Tanew w Markowiczach). Zasadzki organizowano też na drogach (było ich kilka). Na przykład 14 czerwca oddział partyzantów dowodzony przez Janusza Bacę zaatakował niemiecki konwój na trasie Turobin — Szczebrzeszyn. Zabito 12 Niemców, zniszczono też okupantom dwa samochody. Jednak sytuacja była coraz trudniejsza.
„Dotarła do nas wiadomość, że Niemcy skoncentrowali duże ilości wojska i sił policyjnych w janowskich lasach. Przeprowadzili większe akcje przeciw partyzantom” – pisał w swoich wspomnieniach Bronisław Sikora ps. „Klucz”, żołnierz oddziału AK por. Edwarda Błaszczaka ps. „Grom” (od 13 maja 1944 r. dowodził nim Jan Kryk ps. „Topola”).
Partyzanci byli zdezorientowani tymi poczynaniami Niemców. „Według opinii jednych działania nieprzyjaciela miały ograniczyć się jedynie do kontroli większych dróg leśnych, według opinii innych — i ta okazała się niestety prawdziwa — działania nieprzyjaciela nie były niczym innym jak wielką obławą na oddziały partyzanckie” – notował w swoich wspomnieniach Konrad Bartoszewski.
Fala niemiecka zakołysała się i zaległa
W czerwcu 1944 r. nasz region był zapleczem niemieckiej armii „Północna Ukraina”, która przygotowywała się do walki z wojskami sowieckimi. Pojawiały się tutaj jednostki frontowe Wehrmachtu, a po torach przetaczały się — dobrze chronione — transporty z zaopatrzeniem, amunicją i bronią. W tej sytuacji oddziały partyzanckie (polskie i radzieckie) miały coraz bardziej ograniczone możliwości działania, chociaż nadal atakowały m.in.. konwoje z zaopatrzeniem. Okupanci postanowili się z nimi ostatecznie rozprawić.
Leśni zostali otoczeni w Lasach Janowskich, w ramach wielkiej operacji Sturmwind I (Wicher I). Niemieckimi wojskami dowodził wówczas gen. Siegfried Haenicke. Głównym celem tych działań była likwidacja zgromadzonych tam oddziałów. W sumie było to ok. 3,5 tys. żołnierzy. Wśród nich znalazły się oddziały Armii Krajowej Warto przyjrzeć się ich wcześniejszym losom.
W maju 1944 r. siły niemieckie zakończyły działania operacyjne w północnej części Lubelszczyzny o kryptonimie „Maigewitter”. Kolejne działania wobec polskiego podziemia i sowieckich jednostek partyzanckich i dywersyjnych zostały zaplanowane na terenie Lasów Janowskich. W kotle znalazł się oddział dyspozycyjny Obwodu Nisko Stalowa Wola Armii Krajowej oraz oddział Polskiego Podziemia Zbrojnego Narodowej Organizacji Wojskowej – AK „Ojca Jana” pod dowództwem ppor. Bolesława Usowa ps. „Konar”.
„11 czerwca 1944 r. polskie oddziały partyzanckie poniosły duże straty w rejonie wsi Graba (obecnie część wsi Mostki) w Lasach Jarocińskich” – czytamy na tablicy przygotowanej przez IPN (umieszczono ją na Porytowym Wzgórzu). „W starciu z okupantem oddział BCH pod dowództwem por. Juliana Kaczmarczyka ps. „Lipa” stracił 11 żołnierzy wraz z dowódcą i jego zastępcą. Dwa dni później Niemcy rozbili kurs młodszych dowódców piechoty AK pod dowództwem mjr. Stanisława Biedzińskiego ps. „Żbik”, z którego kilkunastu uczestników dostało się do niewoli. Tego samego dnia oddziały niemieckie zajęły wsie Momoty, Szklarnię, Flisy, Szewce, Ujście i Kiszki spychając oddziały polskie i sowieckie w rejon Porytowego Wzgórza nad rzekę Branew.
Otoczone oddziały musiały podjąć wspólną koordynację działań obronnych przed atakami niemieckimi. Dowódcą sił partyzanckich został sowiecki oficer ppłk Nikołaj Prokopiuk, natomiast dowódcy poszczególnych grup partyzanckich weszli w skład utworzonego sztabu. Wszystkie oddziały partyzanckie znajdujące się w okrążeniu podzieliły się odcinkami obrony. W utworzonym na czas walk zgrupowaniu zdecydowaną większość stanowiły oddziały sowieckie i komunistyczne”.
Na Porytowym Wzgórzu znaleźli się zatem m.in. partyzanci z Brygady AL im. Wandy Wasilewskiej i 1 Brygady AL im. Ziemi Lubelskiej oraz oddział polsko-radziecki Oddział Partyzancki Brygad im. Stalina, dowodzony przez Mikołaja Kunickiego ps. „Mucha”. W kotle „utknęli” też leśni z Batalionów Chłopskich.
Do starcia doszło już 13 czerwca 1944 r. Wówczas partyzanci z 1 Brygady AL im. Ziemi Lubelskiej zaatakowali jedną z niemieckich kolumn wojskowych.
Przyniosło to rezultaty. Zdobyto podobno m.in. dokumenty sztabowe. Dzięki nim partyzanci dowiedzieli się wówczas jakie Niemcy mają dokładnie plany. Następnego dnia Niemcy zwarli się z głównym zgrupowaniem leśnych. Tę bitwę (czasami była opisywana także jako „Bitwa nad Branwią”) dokładnie opisał nieoceniony prof. Jerzy Markiewicz w książce pt. „Paprocie zakwitły krwią partyzantów”. „O świcie dnia 14 czerwca oddziały niemieckie znalazły się (…) w rejonie obrony partyzantów i na Porytowym Wzgórzu rozpoczął się zacięty bój” – pisał w swojej książce. „Około godziny 7 Niemcy otworzyli silny ogień z dział i broni maszynowej oraz wprowadzili do walki samoloty. Po intensywnym przygotowaniu artyleryjskim i lotniczym, piechota niemiecka przeprowadziła natarcie na pozycję I brygady AL im. Ziemi Lubelskiej”.
A tak te chwilę wspominał „Mucha”. „O godzinie 6.30 przed naszą pozycją wzdłuż Wzgórza Porytowego zjawił się zwiad niemiecki w sile 6 ludzi. Niemcy nie orientowali się, w jakim kierunku i w którym miejscu jest obronna linia partyzantów” - notował. „Wydałem rozkaz, by zlikwidować ich z karabinów bezhucznych. Tylko jednemu z nich udało się uciec. Od Wzgórza Porytowego do lasu dzieliła nas 100-metrowa polana, biegnąca wzdłuż wzgórza. Wzgórze Porytowe pokryte było rzadkimi i małymi krzakami, pod którymi siedzieli zamaskowani partyzanci. O godzinie 7.30 zauważyliśmy gęstą tyralierę Niemców, którzy nacierali z zakasanymi rękawami i w hełmach. Tyraliera wyszła z lasu na polanę, a za nią ukazała się druga tyraliera. Partyzanci moi mieli zasadę, że pierwszy ogień do nieprzyjaciela dawali z odległości 20—30 metrów, a to dlatego, że z takiej odległości strzały są zawsze trafne, a po drugie, że niespodziewany i raptowny huk paraliżuje odwagę wroga. Tak się stało i teraz. Pierwszy ogień huraganowy otworzyliśmy z 20—30 metrów po bardzo gęstej tyralierze. Fala niemiecka zakołysała się i zaległa. Druga tyraliera w odległości 80 m też zaległa na piasku”.
Brawurowa obrona
Niemcy nie liczyli się ze stratami w ludziach i sprzęcie. Udało im się w końcu wedrzeć dwoma klinami w pozycje partyzantów. Wtedy leśni musieli się cofnąć, co „zacieśniło” pierścień okrążenia. O godz. 8 Niemcy rozpoczęli kolejny atak, tym razem na prawym brzegu Branwi. Po chwili okupanci zaczęli także atakować inne pozycje. Wówczas w walce uczestniczyły już wszystkie oddziały partyzanckie. Doszło nawet do walki wręcz. Partyzanci bili się brawurowo. Atak Niemców udało się odeprzeć.
„Dowództwo zgrupowania zdawało sobie w pełni sprawę z położenia” – notował prof. Markiewicz. „Dlatego też rozkazy ppłk. Prokopiuka szły w dwóch kierunkach: po pierwsze – za wszelką cenę odzyskać utracone pozycje i odrzucić nieprzyjaciela do stanowisk wyjściowych, a po drugie również za wszelką cenę – utrzymać w posiadaniu pozycje bronione przez żołnierzy Czepigi, Wasilenki i „Konara”. W tym celu postanowiono rzucić do kontrataku nieliczne odwody, zaś na najbardziej zagrożony odcinek, od strony wsi Flisy, wyznaczona została silna grupa uderzeniowa z oddziału Karasiowa”.
Doszło do kontrataku, który... zakończył się pełnym sukcesem. Tak to opisał IPN. „Zdecydowany kontratak oddziałów partyzanckich, w którym główną rolę odegrały oddziały AK, pod dowództwem „Konara”, wsparty jedną kompanią AL, członkami oddziału „Lipy” oraz sowieckimi dywersantami pozwolił nie tylko zażegnać niebezpieczeństwo rozbicia jednostek partyzanckich, ale doprowadzić do wyłomu w pierścieniu wojsk niemieckich od strony południowej. Jeszcze w czasie walk patrol NOW-AK pod dowództwem ppor. Bolesława Usowa ps. „Konar” w rejonie Momot zdobył dwie niemieckie haubice, z których st. ogniomistrz Marian Mizgalski ps. „Wrona” prowadził skuteczny ostrzał pozycji niemieckich z Porytowego Wzgórza. Za ten czyn na polu walki został odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy.
Utracone przez partyzantów pozycje zostały odzyskane. Niemcy nie dawali jednak za wygraną. Zaatakowali ponownie około godziny 16. Znów walczyły wszystkie oddziały partyzanckie, na całej linii obrony. Jak wynika z relacji, niektórzy Niemcy i towarzyszący im Kałmucy (z oddziałów pomocniczych) byli podobno pijani. Atakowali z furią, wściekle, bez żadnego pardonu.
Ponownie doszło do walki wręcz. Starcie trwało blisko godzinę. Partyzanci bili się jednak bohatersko. I odparli Niemców. To nie był jednak koniec! Najsilniejsze tego dnia, natarcie ruszyło około godz. 17. Tym razem było wsparte m.in., przez artylerię.
Wówczas partyzanci zdecydowali się na dość nietypowe, błyskawiczne posunięcie. O tym także pisał w swojej książce Jerzy Markiewicz:
Druga linia obrony
„Dowództwo zgrupowania partyzanckiego, a w szczególności mjr Karasiow, prawidłowo oceniło zamiary sztabu niemieckiego” – czytamy w jego zapiskach. „Stało się jasne, że należy natychmiast zmobilizować wszystkie siły i rzucić je na to wzgórze. Zebrano więc z każdego oddziału po kilkunastu żołnierzy (...), sanitariuszy, a nawet lżej rannych i naprędce utworzono drugą linię obrony na Porytowym Wzgórzu”. To partyzantów uratowało. Po godzinie część oddziałów partyzanckich nie wytrzymało naporu. Wycofali się z dużymi stratami o 250 do 300 metrów. Tam jednak wzmocnili drugą, bardzo aktywną linię obrony. Niemcy byli tym wszystkim zaskoczeni. Ich atak załamał się. Część wzgórza jednak została utracona. Wtedy… partyzanci ruszyli do kolejnego kontrataku, który ponownie zakończył się pełnym sukcesem. Walki tego dnia zakończono około godziny 21. Szacuje się, że w tych bojach zginęło ok. 200 leśnych (według niektórych źródeł było ich 150). Z informacji pozyskanych przez prof. Jerzego Markiewicza wynika, że podczas bitwy na Porytowym Wzgórzu zginęło także 600 napastników: 200 Niemców i około 400 Kałmuków z brygady dra Dolla.
Niektóre epizody walk przeszły do legendy. Bohaterską śmiercią zginął m.in. Marcin Deryło, żołnierz AL. Gdy Niemcy wdarli się na bronione przez jego oddział pozycje, rzucił do własnego okopu wiązkę granatów. Zabił w ten sposób, siebie, ale także kilkunastu Niemców.
Następnie doszło do sytuacji, która zapewne długo spędzała potem sen niemieckim wojskowym. W nocy partyzanci... przedarli się przez pierścień niemieckiego okrążenia. Główna część zgrupowania przedostała się do Puszczy Solskiej.
To był jednak tylko pierwszy akord tej wielkiej, partyzanckiej batalii. Drugim, dramatycznym aktem „zwarcia” na Porytowym Wzgórzu była tragiczna w skutkach bitwa pod Osuchami.
Pomnik partyzanckiego braterstwa
Na Porytowym Wzgórzu, w miejscu gdzie doszło do walk, w sąsiedztwie partyzanckiego cmentarza, w 1974 r. ustawiono pomnik „Braterstwa broni partyzantów polskich i radzieckich” według projektu Bronisława Chromego (był on także m.in. autorem słynnej rzeźby smoka wawelskiego w sąsiedztwie Smoczej Jamy w Krakowie). Partyzanci przedstawieni na pomniku ustawionym na Porytowym Wzgórzu są pełni ekspresji. Na ich twarzach uchwycono wściekłość i determinację. Są ukazani w biegu. Obok nich przedstawiono także wybuch pocisku. W ten sposób upamiętniono słynną partyzancką batalię. Nie tylko ów pomnik robi ogromne wrażenie.
14 czerwca 2022 r. Na Porytowym Wzgórzu została odsłonięta także tablica upamiętniająca walki oddziału partyzanckiego pod dowództwem Franciszka Przysiężniaka. Ważna jest też przyroda. Turyści, którzy dotrą na Porytowe Wzgórze znajdą się na terenie Rezerwatu Przyrody Lasy Janowskie (ma on w sumie powierzchnię prawie 2,7 tys. ha). Można wybrać się tam na spacer specjalnie wyznaczonymi ścieżkami. Zobaczymy m.in. malowniczą skarpę porośniętą wiekowym borem oraz liczne, pomnikowe drzewa. Na Porytowym Wzgórzu szumią one o bohaterskich partyzantach…