Opowieści zaduszkowe. O zmarłych nastolatkach i żołnierzu Bolku, który przepadł bez wieści. Rozmowa na cmentarzu w Kosobudach
- Napisane przez Bogdan Nowak
- Skomentuj jako pierwszy!
- Czytany 79 razy
- Wydrukuj
foto: Bogan Nowak
Rozmawialiśmy wczoraj o Salomei i Julii z Alicją Gwiazdowską, ich kuzynką (a moją teściową). To było także wzruszające wspomnienie o ich zaginionym bracie, żołnierzu września 1939 roku.
Ofiary wojny i zastrzelony przez kłusowników gajowy
Roztoczański cmentarz w Kosobudach (gmina Zwierzyniec) jest malowniczo położony. Znajduje się na skraju lasu, jakieś 200 metrów na północ od miejscowego kościoła. Ma obecnie około 1,7 ha i widać z niego okoliczne pagórki. Ściana lasu tuż za nim jesienią prezentuje się szczególnie pięknie. Ozdobą są między innymi złociste, migoczące z daleka (całymi milionami) listki okolicznych brzóz, które przywodzą na myśl obrazy francuskich impresjonistów.
Na tym cmentarzu – którego „głównym elementem rozplanowania” stanowią dwie równoległe aleje - można podobno jeszcze znaleźć stare kwatery katolików obrządku wschodniego (unici stanowili kiedyś znaczną część wiernych Zamojszczyzny). Znajdziemy też kilkanaście kamiennych nagrobków wykonanych przed II wojną światową.
„Na wyróżnienie zasługuje krzyż na postumencie o zwężających się ku górze ściankach, na podstawie wielostopniowej i wielouskokowej, dekorowany płytą z gzymsem i akroterionami (chodzi o dekorację, która wieńczyła szczyty i boczne narożniki frontonów w klasycznych budowlach greckich i rzymskich – przyp. red.)” – czytamy w arcyciekawej książce Danuty Kawałko z 1994 roku pt. „Cmentarze województwa zamojskiego”. „Krzyż dekorowany listwami i żłobieniami. Tablica inskrypcyjna wymontowana. Nagrobek pochodzi z poł. XIX wieku. Wyróżnione mogiły: Michał Ożga, gajowy Ordynacji Zamojskiej, zabity przez kłusowników w 1932 roku; Edward Koliński, weteran 1863 r., emerytowany nadleśniczy Ordynacji Zamojskiej zm. 1933 roku; Lucyna Radlińska z domu Pietrynko, Jerzy i Jan Radliński, ofiary zbrodni niemieckiej 11 września 1942 roku (będziemy o nich za jakiś czas pisać na naszych łamach)”.
Danuta Kawałko w swojej książce przypomniała także inne osoby, ofiary II wojny światowej, które znalazły miejsce spoczynku na kosobudzkim cmentarzu. To Stanisław i Marian Burcan zamordowani przez Niemców (w okolicach Zamościa) 10 grudnia 1943 r. oraz Paweł Huk i Stanisław Jednacz, którzy zginęli 2 sierpnia 1943 roku. Na tej urokliwej nekropolii spoczywa również Wojciech Hołowiński, zmarły w 1963 roku kawaler Krzyża Virtuti Militari.
Inne groby także są niezwykle ciekawe, a niektóre bardzo piękne – w swojej urzekającej, ludowej prostocie. Nie brakuje także ziemnych z prostymi krzyżami, którymi zapewne wypełniony był kiedyś ów cmentarz. Jest ich wiele.
Wzruszające są na przykład mogiły dwóch nastolatek: Salomei i Julii Kościk z Wieprzca. W naszej rodzinie wspomina się je od ponad wieku. Z żalem i czułością.
Imię po zmarłej siostrze
Rozmawialiśmy o owych zmarłych nastolatkach (przy ich grobach) z 80-letnią Alicją Gwiazdowską 1 listopada. Prezentujemy zapis części rozmowy: jak to zwykle, trochę chaotycznej, krążącej wokół różnych spraw. Ludzkiej, zwyczajnej.
Bogdan Nowak: - A o tych dwóch dziewczynkach opowiesz nam jeszcze mamo. Pamiętasz jakieś związane z nimi opowieści?
Alicja Gwiazdowska: - To, co moja mamusia opowiadała. One były obydwie takie śliczne... Panował w tym czasie tyfus. Wszyscy w całej okolicy chorowali. Objawem była wysoka gorączka, chorzy byli rozpaleni. Mówiono też, że ludzie padali jak muchy. Widziano naprawdę dużo pogrzebów… Mamusię zabrali do szpitala w Zamościu, a była jeszcze wtedy malutka. Nie było to takie oczywiste, bo ludzie w tamtych czasach bali się szpitala, nie chcieli tam iść. Ona opowiadała jednak, że było jej w tym miejscu dobrze. Zapamiętała nawet, że dostała herbatę w kubku… W tym czasie zmarła jedna z dziewczynek.
Bogdan Nowak. – Mówimy teraz o Julci, Salci i jej mamie – Marii lub Mariannie. A ojciec dziewczynek nazywał się Stanisław.
Alicja Gwiazdowska. – Tak, to były już panienki.
Bogusia. – Można przeczytać na nagrobnych tabliczkach. Julka w chwili śmierci miała 18 lat, Salomea – 16.
Kacper: - Z opowieści rodzinnych wynika, że ta Maria-Marianna była znachorką, akuszerką.
Alicja Gwiazdowska. – Wołali po nią, gdy miało się jakieś dziecko w okolicy urodzić. Gdy była choroba, to jakoś potrafiła temu zaradzić. Na przykład na migdały, gardło, uszy. Pamiętam, że były na to różne sposoby. Brała na ręce dziecko, chodziła z nim różne miejsca podwórka, wokół sterty. Coś zbierała, smarowała. Raz to widziałam, gdy byłam dzieckiem. Miałam wówczas osiem lat. Ona krzyczała do mnie: „Uciekaj Halisiu! Halisiu, nie idź tutaj!”. A ja się z nią sprzeczałam: „Ja nie jestem Halisia, ja Ala”... A Julcię i Salcię zawsze się w naszej rodzinie wspominało. Przy wielu okazjach. A potem urodziła się kolejna dziewczynka. I nazwali ją Jula, po zmarłej siostrze. Dlaczego? Uważano, że tak trzeba, ktoś tak powiedział. Gdy jakieś dziecko umarło, a urodziło się drugie, trzeba było je tak samo nazwać. Ono wtedy nie umrze, uchowa się.
Gdy rozmawialiśmy, widzieliśmy wiele innych rodzin, skupionych wokół kosobudzkich mogił. Ludzie modlili się, zapalali świeczki, ustawiali kwiaty. Ruch na pobliskim parkingu był duży – jak na wiejskie warunki. Samochody przeciskały się gdzieś przy głównej, cmentarnej bramie. Obok – na nekropoli - mieszkańcy Kosobud i okolicznych miejscowości niespiesznie snuli zaduszkowe opowieści, w towarzystwie majestatycznych, pomalowanych na kolorowo figur świętych, starych krzyży i złocącego się w oddali lasu.
Wręcz wydawało się, że słuchały ich także (szepczące, szemrzące) cienie dawno zmarłych ludzi. Niemal czuło się ich fizyczną obecność.
Dom na górce
Bogdan Nowak. – Wróćmy jeszcze do tych zmarłych dziewczynek. Co w tych domowych opowieściach po nich zostało? Są może jakieś zdjęcia? Może pamiętano jakie miały zainteresowania? Śpiewały, albo tworzyły wzorzyste koronki?
Alicja Gwiazdowska: – One były moimi ciociami. Mówiono o nich wszystko, co najlepsze. Ale szczegóły uleciały z pamięci. Wiadomo tylko, że były radosne, miały piękne, długie warkocze. Mówiono o nich, że były jak krew z mlekiem. Nie ma jednak ich fotografii. Niestety.
Bogdan Nowak: - Jaki mogły mieć kolor włosów? Blondynki?
Bogusia: - Raczej nie, babcia była brunetką…
Alicja Gwiazdowska: - Dziadek był jednak blondynem.
Bogusia: - Mogły być po mamie, albo po tacie. Albo po swojemu…
Bogdan Nowak: - A jak wyglądał dom tych dziewczynek w Wieprzcu?
Alicja Gwiazdowska: - Miał ogromną strzechę. Była tak wielka, że jako dziewczynka ledwo mogłam pod nią chodzić. Budynek był niski, miał sień, z której wchodziło się na dwie strony. Po jednej była sypialnia i kuchnia, w której mieszkali dziadkowie. Natomiast po drugiej można było wejść do dwóch pokoików. Tam żyła młodsza część rodziny.
Bogusia: - Pamiętam, że ten dom był na pagórku. Ładnie tam było, ciepło to wszystko wspominam…
Kacper (do Alicji Gwiazdowskiej): - Twoja babcia urodziła się w 1874 roku, a jej mąż Stanisław w 1881. To wynika z tabliczki nagrobnej. A po tej prababci Marii zostało w rodzinie ciekawe zaklęcie „od chmury”. Przypomnieliśmy je. Brzmiało tak: „W imię ojca i syna i ducha świętego. Chmureczki, idźcie do Świętej Panieneczki. Święta Panieneczka chmury przeżegnała i odegnała”.
Podczas naszej rozmowy wyłoniła się z mroków niepamięci jeszcze jedna postać. To tragicznie zmarły brat Salci i Julci – żołnierz września 1939 roku.
Bolek
Bogusia: - Warto jeszcze o tym powiedzieć. Był przecież jeszcze Bolek (Bolesław Kościk), co nie wrócił z wojny.
Alicja Gwiazdowska. – Jest takie jego zdjęcie, w mundurze wojskowym. Trzeba je odszukać. Bolek stoi na nim z kolegą. Poszedł z nim na tę wojnę. Kolega wrócił, a on nie. Podobno mieli przepłynąć gdzieś Wisłę. Jemu się to nie udało. Może nie umiał pływać, lub wydarzył się jakiś wypadek? Przepadł. Pewnie się utopił, a może go Niemcy zastrzelili.
Bogdan Nowak. – Rodzina na niego czekała.
Alicja Gwiazdowska. – Wszyscy Bolka wyglądali. Szukali go też przez czerwony krzyż. To był zresztą chłopak jak złoto. Przystojny, czarny, kochany. Jak szedł na zabawę czy gdzieś, zawszę swoją mamę wycałował. Mówił do niej: „Moja gołąbeczko”... Nie widzieliście u mnie takiego zdjęcia? Pamiętam je, mam je wręcz przed oczami.
(Chwila ciszy) Bogdan Nowak. – Zwykła, polska rodzina. Ile takich historii tutaj się wydarzyło, jak bardzo to były i są skomplikowane losy (wtedy przypomniał mi się wspaniały spektakl Tadeusza Kantora pt. "Wielopole, Wielopole". Tam zmarli - a może nawet żywi - żołnierze pojawiali się, znikali, ustawiali do fotografii, żenili, strzelali, kłócili. Wyglądali jakby byli zawieszeni gdzieś pomiędzy światami. W tej chwili byłem też skłonny wyobrazić sobie Bolka, który idzie z daleka do domu, po piaszczystej roztoczańskiej drodze, w mundurze żołnierza września 1939 roku. Bo przecież w Kosobudach i Wieprzcu nadal się na niego czeka...). Opowieści płyną nad polami.
Dzisiaj jest Dzień Zaduszny. Wokół mogił na cmentarzu w Kosobudach znów gromadzą się ludzie. Los każdej z nich zasługuję na osobną książkę, a przynajmniej długą opowieść.
Ile takich opowieści znów będzie można usłyszeć na całej – tak brutalnie doświadczonej przez wojny Zamojszczyźnie, ilu zmarłych zostanie w nich przywołanych…
Opowieści płyną właśnie gdzieś nad cmentarzami, a potem zapewne polami, lasami, aż po daleki horyzont.