Reklama

Wojenne wesele i nieznane zdjęcia wykonane przez Czesława Kozłowskiego

Pierwsza z prawej Emilia Kozłowska. Obok stoi jej mąż — Tadeusz. W tle zabudowania Suchowoli Kolonii. Zdjęcie wykonał Czesław Kozłowski Pierwsza z prawej Emilia Kozłowska. Obok stoi jej mąż — Tadeusz. W tle zabudowania Suchowoli Kolonii. Zdjęcie wykonał Czesław Kozłowski
- Gdy we wrześniu 1939 r. na Polskę najechali także Sowieci, nasi żołnierze próbowali się ratować, ukryć. Byli zbiedniali, głodni, zarośnięci. Przychodzili do wsi. Prosili o wodę, żywność, cywilne ubrania. Kto mógł, pomagał. Ja gotowałam im ziemniaki. Pamiętam, że jeden z żołnierzy był ranny — opowiadała jakiś czas temu w rozmowie z nami Pani Emilia Kozłowska z Suchowoli Kolonii (Pani Emilia już niestety nie żyje). - Miał na sobie taką zakrwawioną szmatę. Zmieniłam mu opatrunek, a szmatę przepłukałam w wodzie. Bardzo mi za to dziękował.

Brali wszystko, co chcieli
To był początek gehenny ludności cywilnej. Odbywało się to na wielu poziomach. Podczas wojny Niemcy przeprowadzili na Zamojszczyźnie m.in. brutalną akcję wysiedleńczo-pacyfikacyjną. Powstało wówczas wiele oddziałów partyzanckich, które stanęły w obronie prześladowanej ludności. 30 grudnia 1942 pod Wojdą w gminie Adamów rozegrała się pierwsza partyzancka bitwa w kraju. Na początku lutego pod Zaborecznem doszło do kolejnego starcia zamojskich partyzantów z Niemcami. To był akt niezwykłej odwagi. Jednak ludność cywilna nie zawsze była z partyzantów zadowolona. Dlaczego?

- Pewnego wieczoru w 1943 r. siedzieliśmy z Tadeuszem, moim przyszłym mężem, w domu moich rodziców. Zobaczyliśmy wówczas sąsiada, a za nim żołnierza z pepeszą — opowiada pani Emilia. — Mąż go rozpoznał, to był Polak. Ten mężczyzna wraz z innymi partyzantami udawali Sowietów. Po co? Zabierał ludziom z domów żywność i inne rzeczy. Gdy owi partyzanci przyszli także do naszego domu, mówili niby to po rusku. U nas zabrali worki, do których zapakowali zgromadzone wcześniej łupy. Brali wszystko, co tylko chcieli!

20 czerwca 1943 r. pani Emilia wyszła za mąż. Miała wówczas 16 lat. Wybrańcem jej serca był Tadeusz Kozłowski z Hutkowa.

- Ludzie w całej okolicy wiedzieli, że u Tadzika będzie wesele, bo w kościele ogłoszono zapowiedzi. Obawialiśmy się zgromadzić jedzenie w jednym miejscu, bo łatwo mogli nas obrabować partyzanci — wspomina pani Emilia. — Dlatego większość jedzenia ukryliśmy przed weselem po sąsiadach. Ale na szczęście nic złego się nie stało. Nasz ślub odbył się w suchowolskim kościele. Potem orszak wyruszył na wesele w Suchowoli-Kolonii. Samej młodzieży przybyło 16 par. Weselisko mieliśmy skromne. Na stołach była galareta oraz omaszczony masłem lub cukrem ryż na sypko. Jedzono też bułki, pierożki i ciastka amoniaki.

Do tańca przygrywała weselnikom miejscowa orkiestra. W jej skład wchodzi harmonista Antoni Boroń oraz skrzypek Leon Trytek. Na bębnie przygrywał im syn pana Leona — Stanisław Trytek. Zdjęcia młodej parze wykonał natomiast Czesław Kozłowski, fotograf z Hutkowa.

- Miałam welon, suknię (uszytą ze spadochronu!), a na uroczystość przybyło wielu gości — wspomina pani Emilia. — Przyjęcie weselne odbywało się w domu moich rodziców, w największym pokoju. Został on przyozdobiony gałęziami akacji, która wówczas kwitła. Tak umajony był także sufit. Dobrze to wszystko wspominam.

Łapanki

Suchowola-Kolonia nie była małą wsią. Według spisu powszechnego z 1921 r. stały tam 133 domy, w których żyło 776 osób. Wszyscy mieszkańcy rzeczywiście zadeklarowali, iż są narodowości polskiej. Rodzice pani Emilii mieli w tej malowniczej miejscowości drewniany, kryty strzechą dom. Nie różnił się od innych. Wchodziło się do niego przez sień, a stamtąd do kuchni i trzech pokojów. W największym znajdował się warsztat stolarski ojca pani Emilii.

- Tego dnia rano ruch się na wsi zrobił. Usłyszeliśmy, że ludzie zaczęli krzyczeć: wysiedlenie, wysiedlenie! Pamiętam, że mama piekła akurat chleb… Uciekliśmy ze wsi. Wielu innych mieszkańców Suchowoli Kolonii zebrano na łące i popędzono do obozu — wspomina pani Emilia. — Nie wszystkich. Kilka najlepszych gospodarstw przejęli koloniści i część Polaków zostawiono dla nich. Mieli służyć im za parobków. Rodzina pani Emilii po wysiedleniu wróciła do swojego domu. Po pewnym czasie znowu pojawili się we wsi Niemcy.

- To był trudny czas. Mówiło się, że w Niemirówku [gmina Tarnawatka] także będzie wysiedlenie. Kto mógł, stamtąd uciekał. Do nas przybył mój stryj, jego żona, chora na serce, oraz troje ich małych dzieci — opowiada Emilia Kozłowska. — Tymczasem Niemcy zrobili w naszej wsi łapankę. Mój tatuś urządził w naszej stodole kolejną kryjówkę. Schowaliśmy się tam. Namawialiśmy do tego także stryja z rodziną, ale jego żona nie chciała iść. Oni schowali się w sieni naszego domu. Stryj wszedł na powałę [drewniany strop, sufit], ale z dołu było mu widać buty.

- Gdy Niemcy weszli do domu, bez trudu mężczyznę znaleźli. Zaraz zabrali go do obozu. Tylko jego. Przyszli także do stodoły i zaczęli szukać. Kłuli wszystko bagnetami. To był strach, bo mogli nas pozabijać. Jednak tatuś powiedział: kładziemy się i… jakoś nas nieszczęście ominęło — mówi pani Emilia. — Niemcy i koloniści zabrali jednak we wsi wszystko: sprzęt rolniczy, kieraty, meble, zboże, zwierzęta. Nie mieliśmy z czego żyć. Wtedy mąż wziął moją ślubną sukienkę i pantofle. Sprzedał je na targu w Zamościu. Jakoś trzeba było sobie radzić.

Pani Emilia pamięta jeszcze jeden przyjazd Niemców do Suchowoli-Kolonii. Pojawili się w domu Bronisława Szypra. Z jakiego powodu? Ktoś prawdopodobnie doniósł okupantom, że mężczyzna ukrył pod miedzą pistolet. Niemcy zabrali go we wskazane miejsce. Broń wykopano. Była schowana pod krzakiem, w menażce.

— Zabrali Bronka Szypra — wspomina z żalem pani Emilia. — Nigdy już do wsi nie wrócił. Zostawił żonę i dziecko.

W 1944 r. okupanci musieli uciekać przed sowieckimi wojskami. Radzieccy wojacy pojawili się w pobliskiej Suchowoli. Pani Emilia mogła im się przyjrzeć. — Mieli broń, ale to było biedne wojsko — wspomina. — Nie zaczepiali miejscowych.

Kalosze i walinki

Zaraz po wojnie mieszkańcy Suchowoli-Kolonii żyli w biedzie. Zaczęto wówczas produkować buty zwane suchowolakami. — Na naszej wsi mieszkał pan o nazwisku Słomiany. On nauczył się od jakiegoś Rosjanina wyrobu butów z dętek samochodowych. To było coś! — wspomina Emilia Kozłowska. — Mój brat Edek poprosił Słomianego, żeby go tego nauczył. Słomiany początkowo nie chciał. Potem się jednak zgodził, bo czasami pożyczał od Edka konia. Brat pokazał, jak się takie buty robi mojemu mężowi, a mąż nauczył mnie.

Pani Emilia produkowała owe suchowolaki przez 40 lat. Najpierw — jak tłumaczy — robiono drewniane kopyta (zwane także prawidłami; mogły być przygotowywane jako miara uniwersalna lub pod konkretne osoby). Potem wycinano ze starych samochodowych dętek, także takich od autobusów, różne części buta, w tym podeszwy, i formowano na prawidle. Całość spajano klejem przygotowanym z kauczuku, który wcześniej „roztapiał się” w benzynie. W miejscu spojeń gumę ścierano np. tarką, żeby powierzchnia stała się bardziej przyczepna.

Tak powstawały obszerne kalosze. Szyto także „buty do środka”. Nazywano je filcakami lub walinkami (zapewne od walonek, czyli rosyjskiego ciepłego obuwia szytego do połowy łydki, które przepuszczało wodę, ale chroniło przed mrozem). Wytwarzano je z watoliny lub skrawków szmat. Taki wewnętrzny but — skarpetę wkładano na stopę, a potem całość do kalosza. Ponoć w owym suchowolskim zestawie chodziło się całkiem wygodnie.

— Takie buty wyrabiało po wojnie wiele osób. Sprzedawało się je na targu w Zamościu. W suchowolakach chodzili też mieszkańcy Suchowoli, Suchowoli-Kolonii, Rachodoszczy i wielu innych wiosek w okolicy — wylicza Emilia Kozłowska. — Wyrabiano je głównie jesienią i zimą, kiedy pracy w polu było mniej. To się opłacało. Dzięki suchowolakom wiele osób po wojnie zaczęło się odkuwać. Niektórzy mogli sobie kupić sprzęt rolniczy, a nawet się pobudować.

(Obok archiwalne zdjęcia z albumu rodzinnego. Wykonał je Czesław Kozłowski. Nie jest on szerzej znany jako fotograf z czasów II wojny światowej. Wygląda zatem na to, że kolejne, bardzo ważne zadanie przed nami! Być może za jakiś czas uda nam się odtworzyć losy tego człowieka i dotrzeć do innych jego zdjęć. Mamy nadzieję, że wesprze nas w tym Archiwum Państwowe w Zamościu).

Wesele Emilii i Tadeusza Kozłowskich. Zdjęcie z 20 czerwca 1943 r.

 

Emilia Kozłowska. Fot. Bogdan Nowak

Skomentuj

- Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
- Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
- Portal ezamosc.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.
- Użytkownik publikując komentarze reprezentuje własne poglądy i opinie, biorąc pełną odpowiedzialność karną i cywilną za publikowane treści.
- Pola wymagane są oznaczone *
- Twój adres email nie będzie opublikowany
- Korzystając z opcji 'komentarz', akceptujesz zasady regulaminu i politykę prywatności.
- Aby dodać komentarz, musisz zaznaczyć pole "Nie jestem robotem", tym samym potwierdzasz, że akceptujesz zasady regulaminu

Powrót na górę

Sekcje

Polecamy

ezamosc.pl

Reklama

Narzędzia

Follow Us