„Zagnali nas na szos i wieźli do kawalera". Pierwsze wysiedlenia Zamojszczyzny
- Napisane przez Bogdan Nowak
- Skomentuj jako pierwszy!
- Czytany 224 razy
- Wydrukuj
fot. Bogdan Nowak
Zastali zgliszcza
- Przed wojną nasza wieś była dość bogata, ludna. Nie tak jak teraz, bo obecnie we wsi żyje ponad 50 osób. Starsi mieszkańcy wspominali, że 6 listopada 1941 roku – dzień wysiedlenia – był bardzo chłodny. Mieszkańcom kazano zebrać się w ciągu 20 minut – opowiada Grażyna Jarosz z Huszczki Dużej. - Tylko tyle im dano na ubranie się i zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Tak wspominali mój dziadek i ojciec. Przez wieś biegła szosa, zrobiona takim tylko kawałkiem. I była o tym nawet miejscowa piosenka. Śpiewano: „Zagnali nas na szos i wieźli do „kawalera” (chodzi o Nadszaniec – dop. autor) do Zamościa”. Gdy nasi byli wypędzani z domów, Niemcy już drugą drogą wieźli swoich kolonistów. Do miejscowych, opuszczonych właśnie gospodarstw. Moi dziadkowie najpierw zostali przez Niemców wywiezieni do tego „kawalera”, a następnie wywieziono ich do Teptiukowa. Potem zabrał ich stamtąd nasz kuzyn. Do Kalinowic. Tam przebywali przez całe wysiedlenie, bo do swojego gospodarstwa wrócić nie mogli. A gdy już to było możliwe, zastali tylko zgliszcza. Mój ojciec nazywał się Jan Węgrzyn, a dziadek Piotr Węgrzyn.
- Część naszej wsi była spalona przez partyzantów (gdy mieszkali w niej niemieccy koloniści – dop. autor) - dodaje Witold Jarosz, mąż pani Grażyny – Jednak przetrwały m.in. zabytkowe figury z czasów przedwojennych. To figura Jana Nepomucena, i druga – tutaj we wsi, przy skrzyżowaniu, trochę młodsza. Chyba z 1913 roku. Fundowali je właściciele gospodarstw, placówek na których stanęły. W okolicy istnieje jeszcze jedna figura. Gdy pójdziemy naszą drogą na górę, skąd widać Skierbieszów. Ona została postawiona przez mojego pradziadka – Piotra Jarosza. Tamta byłaby z tych trzech najmłodsza. Co ciekawe taką samą figurę postawił on również na Małej Huszczce: w tym samym, kształcie, ale nie wiem czy w tym samym czasie. Można ją zobaczyć gdy się zjedzie z asfaltu i ruszy na lewo żużlówką. Stoi w lipach, obok gospodarstwa. Jest też w naszej wsi jeden dom który pamięta wojnę. Tylko ma teraz dach zmieniony. Tyle. Czy świadkowie wysiedleń jeszcze w naszej wsi żyją? Ja sobie nie przypominam. Może tylko Gutek Baran z Małej Huszczki mógłby coś powspominać (niestety zmarł jakiś czas temu, spisaliśmy jednak jego relację). Żyje jeszcze u nas jeden pan, ale on już nie może nic opowiedzieć. Nie ma z nim kontaktu. Czas robi swoje.
Prześladowania
Jak doszło do tak ponurych, wojennych wydarzeń? W Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy, pod osobistym kierownictwem Heinricha Himmlera, Reichsführera SS: jednego z przywódców III Rzeszy, opracowano zbrodniczy plan wysiedlenia 50 milionów Słowian. Nazywano go Generalnym Planem Wschodnim. Dokument przewidywał wysiedlenie 80 do 85 proc. Polaków. Częścią przyjętych w nim założeń było utworzenie wzdłuż ówczesnej granicy niemiecko-sowieckiej szerokiego pasa zamieszkanego przez ludność niemiecką.
Były to dla Polaków bardzo groźne, bezprecedensowe plany. „Utworzenie takiego wału obronnego miało dwojaki cel” – tłumaczyli Zygmunt Mańkowski, Jerzy Markiewicz oraz Jan Naumiuk w wydanej w 1962 r. książce pt. „Bataliony Chłopskie na Lubelszczyźnie 1940-1944. „Z jednej strony cel polityczny – polegający na eksterminacji ludności polskiej i przygotowaniu oparcia do zakrojonej na szeroką skalę i długie lata kolonizacji Ukrainy, a z drugiej strony cel wojskowy polegający na zabezpieczeniu zaplecza niemieckich armii walczących na wschodzie przez osadników uzbrojonych i zorganizowanych po wojskowemu. Na tereny wysiedlone władze niemieckie przywoziły volksdeutschów z Bośni, Besarabii, Serbii, z krajów nadbałtyckich, Wołynia, Flamandii, Danii i Holandii, których całymi rodzinami osiedlano na wsiach polskich”.
Polacy nazywali owych kolonistów - volksdeutschów „czarnymi” lub „czarniuchami”. Planowany pas niemieckiej kolonizacji przebiegał przez Zamojszczyznę. To właśnie tutaj rozpoczęła się realizacja Generalnego Planu Wschodniego. Początek był dramatyczny. Pierwsza tzw. próba wysiedleń odbyła się na rozkaz Odilo Globocnika, dowódcy SS i policji w dystrykcie lubelskim. Szacuje się, że taki los spotkał dokładnie 2098 osób. Do opuszczonych przez mieszkańców domów i gospodarstw często niemal natychmiast wprowadzili się volksdeutsche. Byli oni zorganizowani na sposób wojskowy. Kierowani nimi Dorfführerowie, których rekrutowano wśród członków SS.
Szybko wdrożono też inne plany. Na Zamojszczyźnie zlikwidowano m.in. powiat tomaszowski (jako jednostkę terytorialną), który został wcielony do powiatu zamojskiego. Dlaczego? Istniały na tym terenie wielkie folwarki, urodzajna ziemia i piękne lasy m.in. Ordynacji Zamojskiej. Były to atrakcyjne grunty blisko ówczesnej granicy z ZSRR. Owe ziemie miały być w przyszłości rozdzielone pomiędzy SS-manów: jako nagroda za wierną służbę. Takie posunięcie miało także stanowić rodzaj „zabezpieczenia” pogranicza. Rozległe, nieprzebyte kompleksy leśne sprzyjały przecież ukrywaniu się partyzantów, którzy mogli – jak uważano - stanowić zagrożenie dla nowego, okrutnego, niemieckiego ładu. To wszystko miało swoje konsekwencje, o czym polska ludność szybko się przekonała.
– Niemcy zebrali wszystkich i popędzili w stronę Zamościa. Tak stało się także z moją rodziną, chociaż mnie udało się jakoś uciec... Pognano ich do tzw. „kawalera”, a potem popędzono dalej, w okolice Teptiukowa. Taka to była tułaczka – opowiadała w 2016 roku Teodozja Drobik z domu Podolak (była fotografką, wykonywała zdjęcia w gminie Skierbieszów podczas II wojny światowej). – Potem moja rodzina wróciła do Zamościa. Ja do nich wówczas dołączyłam. I wtedy Niemcy powiedzieli nam, że wysiedleńcy mogą wyjechać dokąd chcą, aby tylko nie wracali do rodzinnych wsi. Zabraliśmy matkę i w Wigilię 1941 r. przyjechaliśmy do Kalinówki (gm. Skierbieszów). Ta wieś znajdowała się zaledwie kilka kilometrów od Huszczki Małej.
- Niemcy otoczyli także naszą wieś i chodzili od domu do domu – wspominała Kazimiera Kobrzyńska z Wysokiego. - Pomagali im miejscowi volksdeutsche. Ludzie nie wiedzieli, o co chodzi i co ich spotka. Zebrali nas na drodze. Jeśli ktoś się ociągał, był bity.
Pani Kazimiera miała wówczas dziewięć lat. Mieszkała wraz rodzicami Anielą i Janem Kwitkami w niewielkim, drewnianym domu. Mieli też kilka hektarów pola. - Cały nasz dobytek i zwierzęta kazano nam zostawić - wspominała w rozmowie z nami pani Kazimiera. - Potem pognali nas do zamojskiego Nadszańca. Tam byliśmy przetrzymywani przez jakiś czas. Następnie wysiedlonych pognano do miejscowości Hostynne w powiecie hrubieszowskim, a potem do Żółkiewki w krasnostawskim (był tam obóz pracy złożony z sześciu baraków; przetrzymywano w nim Polaków i Żydów - dop. autor). Po co nas tak przepędzali w różne miejsca? Kto ich tam, tych Niemców, wie…
Przed świętami Bożego Narodzenia 1941 r. rodzina pani Kazimiery została z obozu zwolniona. Nie mogła jednak do swoich domów powrócić. Ich gospodarstwa zajęły rodziny pochodzenia niemieckiego m.in. z okolic Radomia. - Jeśli ktoś próbował wrócić do swojego domu, był wysyłany do obozu koncentracyjnego. I słuch po nim ginął - opowiadała pani Kazimiera. - Wysiedleni musieli się tułać. Nas przygarnęli obcy ludzie z Żółkiewki. Byli dobrzy, mogliśmy u nich mieszkać. Do naszej rodzinnej wsi wróciliśmy dopiero po wojnie. Dom rodzinny stał, ale wszystko z niego rozkradziono. Żal było na to patrzeć.
Teodozja Drobik i Kazimiera Kobrzyńska zostały wypędzone z domów właśnie w ramach tej dużej, niemieckiej operacji nazywanej „próbnym wysiedleniem”. Została ona przez Niemców przeprowadzona w dniach 6-25 listopada 1941 r. Wysiedlono wówczas m.in. mieszkańców wsi: Huszczka Mała, Huszczka Duża, Wysokie, Białobrzegi, Bortatycze oraz Podhuszczka. O tym co się wówczas działo dowiadywaliśmy się także z relacji zbieranych do książek wydanych lub finansowanych przez Urząd Gminy w Skierbieszowie pt. „Skarb znaleziony na strychu” oraz „Zwykłe historie. Fotograficzny portret gminy Skierbieszów”. Niektóre z nich zostały zgromadzone w dość nietypowych okolicznościach.
Teodozja Pardus z domu Sobczuk (jej rodzina pochodzi z miejscowości Wysokie) 24 marca 2018 roku obchodziła 100-lecie swojego urodzenia. Jubileusz szanownej jubilatki zorganizowano w świetlicy w Sitańcu. Z tej okazji Ryszard Pardus zaprosił nas na spotkanie w domu swojego brata: Bogusława. Opowiedzieli nam o wojennych dziejach rodziny.
– Ojciec był przed wojną żołnierzem piechoty w Sarnach. Mieszkali wraz z mamą w Huszczce Dużej. Mieli tam dom oraz pięciohektarowe gospodarstwo. Ich pierwsza córka Halina urodziła się jeszcze w czasie wojny – opowiada Bogusław Pardus. – 6 listopada 1941 r. mieszkańcy Huszczki Dużej i Huszczki Małej zostali przez Niemców wygnani z domów. Trafili najpierw do zamojskiego Nadszańca, a potem pognano ich do Teptiukowa. Tam funkcjonował niemiecki obóz przejściowy. Ludzi, których tam przetrzymywano planowano przewieźć na wschód. Naszą rodzinę więziono tam około pół roku. W tym miejscu umarła Halinka… Ojciec działał wówczas w podziemiu, był żołnierzem Armii Krajowej. Nie wiemy jak to się stało, ale udało im się stamtąd wydostać. Mama była wówczas w ciąży. Rodzice trafili do Kalinówki (gm. Skierbieszów), gdzie udzielił im schronienia ks. Stasiak (miał na imię Jan – dop. autor). Przez blisko rok mieszkali na plebani w tej miejscowości.
To wtedy zdjęcia wykonała im Teodozja Podolak. Na jednym z nich widać Teodozję Pardus wraz z synami-bliźniakami, którzy urodzili się w Kalinówce. Obaj chłopcy leżą na poduszkach w wózku (mają czepeczki z koronką i białe koszulki). Za nimi stoi ładna kobieta – ich mama: w kraciastej sukience i fartuszku. Rodzina została sfotografowana na tle drewnianej stodoły. Na innej fotografii widać bliźnięta. Mariana trzyma na rękach ojciec: Jan Pardus, drugie, płaczące dziecko (to Bogusław) podnosi do góry Teodozja Pardus.
Po wyzwoleniu rodzina Pardusów wróciła do swojego domu w Huszczce Dużej. Nie wszyscy mieli takie szczęście. Niektórzy nie wytrzymywali ciężkich warunków w jakich ich więziono i przepędzano z miejsca na miejsce. – Babcia Genowefa Dziewulska (z domu Pieczykolan) mieszkała wraz z rodziną w Huszczce Małej – opowiadała w rozmowie z nami Małgorzata Olkuska, jej wnuczka z Kolonii Sitno (w gminie Sitno). - Ta wieś została przez Niemców podczas wojny wysiedlona. Rodzina trafiła do Zamościa, a potem do Orłowa Murowanego. Tam znaleźli schronienie. Babcia Genowefa podczas tej tułaczki rozchorowała się na zapalenie płuc i umarła. Pochowano ją na cmentarzu w Orłowie. To była dobra, sympatyczna osoba. Tak ją w rodzinie zapamiętano…
Dotarliśmy też do innych wspomnień z tego czasu. 85-letni Gustaw Baran z Huszczki Małej potwierdza, że podczas II wojny światowej w jego rodzinnej miejscowości mieszkało wielu niemieckich kolonistów. Podobnie było w sąsiedniej Huszczce Dużej. To miało znaczenie dla losów rodziny. - Podczas II wojny światowej podpisali volkslistę i stali się volksdeutschami – opowiada Gustaw Baran. - I oni chcieli powiększyć swoje gospodarstwa naszym kosztem. Efekt? Moja wieś, Huszczka Mała została przesiedlona 6 listopada 1941 r. Najpierw wywieziono nas do Zamościa do budynku zwanego „kawalerem”. Nie miałem wówczas nawet czterech lat.
Z Zamościa rodzina także trafiła do miejscowości Teptiuków (dawniej Teptiuchów gm. Hrubieszów). - Tam był rodzaj obozu na terenie, który należał wcześniej do wojska. Po drodze do tego miejsca nocowaliśmy w szkole w Hostynnym – opowiada Gustaw Baran. - W Teptiukowie przebywaliśmy do końca listopada lub początku grudnia 1941 r. Tam były baraki z salami dla przesiedlonych. Ludzie spali na słomie. Mój dziadek Bolesław, dzięki swoim kontaktom, dowiedział się jednak, że my tam jesteśmy. Udało mu się wyciągnąć z tego obozu moją mamę z bratem, mnie i tatę mojej mamy. Mój ojciec został. I trafił potem do Oszczowa. W końcu rodzina spotkała się w całości w miejscowości Wysokie Drugie. Do rodzinnej wsi, tak jak inni, nie mogli jednak wrócić.
Dożywianie transportów
Informacje o tzw. próbnych wysiedleniach znalazły się w dokumentach polskich i niemieckich z okresu II wojny światowej. Ich zbiór został opublikowany w obszernym, dwutomowym wydawnictwie pod tytułem „Zamojszczyzna – Sonderlaboratorium SS, pod redakcją Czesława Madajczyka. Bardzo ciekawe jest np. sprawozdanie z listopada 1941 r. sporządzone przez A. Błaszczyńskiego „z akcji opieki nad transportami ze wsi powiatu zamojskiego”. Ten mężczyzna był referentem Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Zamościu (Pol. KO).
„W dniu 6 listopada 1941 roku zostały wysiedlone wsie Huszczka Duża, Huszczka Mała, Dulnik – około 700 ludzi” – czytamy w dokumencie. „Pol. KO w Zamościu po uzyskaniu zezwolenia władz rozpoczął dożywianie wysiedlonych. Dnia 6 listopada wydano na kolację 160 litrów kawy słodzonej z mlekiem skondensowanym i 150 kg chleba. Dnia 7 listopada o godz. 5.30 wydano śniadanie składające się z kawy słodzonej z mlekiem skondensowanym i 70 kg chleba, ponieważ Pol. KO nie rozporządzał większą ilością. Transport ten został wysłany dalej o godz. 7 rano. W tymże dniu do obozu przybyła wysiedlona wieś Wysokie, około 600 osób. Dożywianie tego transportu odbyło się przez wydanie 160 litrów słodkiej kawy wieczorem i 160 litrów kawy rano w dniu 8 listopada. Dodatkowo na drogę wydano 30 puszek mleka skondensowanego dla dzieci”. Wysiedlonych odwiedził wówczas dr Gumiński, lekarz medycyny z Zamościa. W efekcie dla kilkunastu osób zostały kupione leki. Ten transport odjechał z miasta 8 listopada o godz. 6.30. Jak zanotowano w raporcie, było w nim także pięć rodzin żydowskich. Nimi także zaopiekował się Polski Komitet Opiekuńczy. To nie był koniec.
„Dnia 8 listopada 1941 r. w godzinach popołudniowych przybyły (do Zamościa) wsie Bortatycze i Białobrzegi” – czytamy dalej w raporcie. „Ludność wsi Bortatycze składa się przeważnie z Ukraińców, jednak wobec braku innej pomocy, została objęta naszą akcją wspólnie z ludnością polską. Transport ten przebywa w obozie do tej chwili. Dożywianie składało się z obiadów (krupnik, kapuśniak na mięsie), kawy białej z cukrem na kolacje i śniadanie (…)”. Dnia 11 listopada zgłosiła się delegacja Komitetu Ukraińskiego z zaofiarowaniem współpracy. Zostało ustalone, że dożywianie i pomoc pozostanie w rękach Pol KO, a Ukraiński Komitet wyznaczy dyżury do pomocy”.
Opinia publiczna była tym wszystkim bardzo poruszona. O niemieckiej akcji pisała także konspiracyjna prasa.
Obłowić, ile się da
„W dniu 6 listopada 1941 r. zostało wyrzuconych ze swych siedzib kilkaset rodzin włościańskich (…). Około tysiąca ludzi zamknięto w tzw. Starym Forcie w Zamościu (chodzi o „nadszaniec” – dop. autor) i stamtąd są oni wywożeni partiami na wschód, za Bug. Na miejsce wysiedlonych przybyli już Niemcy. Wśród wysiedlonych znajdują się i (…) Ukraińcy, którzy zgłosili swój protest władzom niemieckim w Lublinie – na razie bez żadnego skutku” – czytamy w „Informacji o pierwszych wysiedleniach w powiecie zamojskim” sporządzonej 11 listopada 1941 roku (napisał ją niejaki „Niemyski”). „Podczas wysiedlenia miały miejsce masowe rabunki dokonywane przez żandarmerię, która starała się przy okazji obłowić ile się da. Odbywały się dantejskie sceny”.
Informacja o wysłaniu wysiedlonych za Bug nie była jednak precyzyjna. Czytamy o tym w piśmie Helmutha Weihenmaiera, niemieckiego starosty powiatowego w Zamościu do gubernatora dystryktu lubelskiego (widnieje na nim data 20 listopada 1941 r. oraz jest opatrzone napisem „ściśle tajne”). „Akcję przesiedleńczą zakończono w niedzielę, 9 listopada” – zauważył w tym dokumencie. „Odtransportowanie przesiedleńców zostało jednak zahamowane, ponieważ kompetentny w tej sprawie wołyński komisarz Rzeszy nie dał jeszcze zezwolenia na ich przyjęcie. Dlatego niektóre kolumny stoją bądź na granicy, bądź na tyłach w różnych obozach. W wypadku gdyby przesiedlenie na Wołyń okazało się niemożliwe, to administracja majątków (radca Oeser) otrzymała polecenie zajęcia się osiedleniem w dystrykcie”.
A dalej w tym niemieckim dokumencie m.in. czytamy. „Akcja przesiedleńcza pociągnęła za sobą szereg niepożądanych skutków, które należałoby, jeśli już nie można było im zapobiec, przynajmniej w znacznym stopniu ograniczyć. Ponieważ zasięg przesiedleń nie był znany, powstał wśród ludności polskiej duży niepokój. W następstwie poprzednio przeprowadzonych spisów wielu Polaków i Ukraińców czuło się zagrożonymi przesiedleniami, chociaż przy obecnej akcji nie byli brani w rachubę. Jeśli sam niepokój może nam być obojętny, to w żadnym wypadku nie mogą być obojętne skutki, bałagan i zupełny brak dyscypliny, jaką okazuje część polskiej ludności, co prowadziło nawet w sporadycznych wypadkach do samowolnego opuszczania zagród”.
Jakie były w tej sytuacji wnioski? „Najgorszym następstwem jest (...) błyskawiczne zmniejszenie dostaw kontyngentów buraków cukrowych, mleka, tytoniu itd. Gwałtowny wzrost tajnych ubojów, bezplanowa na skutek paniki wyprzedaż bydła, zbóż i innych zapasów, opuszczanie pracy w zakładach i urzędach, by czas ten poświęcić na pakowanie rzeczy” – skonstatował Weihenmaier. „W celu złagodzenia tych skutków konieczne jest włączenie do przyszłych akcji administracji cywilnej (Urząd Pracy, Urząd Budowy Dróg, Urząd Nadzoru Leśnego itd.). Przesiedlenia przebiegałyby wówczas o wiele sprawniej”.
Jak to wszystko wyglądało z perspektywy podziemia niepodległościowego? Istnieje relacja, która o tym opowiada. Józef Śmiech ps. „Ciąg” działał wówczas w Związku Walki Zbrojnej, a potem w Armii Krajowej. W 1941 roku został mianowany dowódcą plutonu Oddziału Dywersji Bojowej na terenie powiatu zamojskiego. W swoich wspomnieniach opisywał początki konspiracji na tym terenie, wysiedlenia mieszkańców Huszczki Dużej i Małej, walki z ukraińskimi nacjonalistami oraz ataki na volksdeutschów.
„Wysiedlanie Zamojszczyzny datuje się od października 1941 roku” – czytamy w relacji Józefa Śmiecha. „Już w owym czasie krążyła wieść, że hitlerowcy mają zamiar ludność polską usunąć z gospodarstw i wysiedlić w głąb Niemiec na roboty, a na jej miejsce sprowadzić i osiedlić volksdeutschów z różnych podbitych krajów. Jesienią 1941 roku została wysiedlona Huszczka Duża i Mała. Nie było to jeszcze właściwie wysiedlenie, jakie nastąpiło w rok później, było to tylko wyrzucenie z gospodarstw opornych Polaków, którzy nie chcieli przyjąć przynależności do narodu niemieckiego. Przesiedlenie Huszczki jeszcze bardziej spotęgowało napięcie wśród ludności. Zaczęto wiązać tobołki, zaprzęgano konie do wozów wyładowanych żywnością, by móc w porę wyjechać do innego powiatu”.
Coraz więcej osób wiązało się w Skierbieszowie i w okolicznych miejscowościach z polskim podziemiem. Bo rosła chęć oporu przeciwko niemieckim najeźdźcom. I to wśród ludzi z różnych warstw społecznych. „W tym czasie Skierbieszów już posiadał silną placówkę ZWZ. Dowódcami powyższej placówki byli kolejno: Antoni Domański, nauczyciel miejscowej szkoły, ppor. rez.; Władysław Czerwiński, st. sierż. z 9 Pułku Piechoty Legionowej oraz Józef Kruk, st. sierż, instruktor szkoły podchorążych w Zambrowie” – wyliczał „Ciąg”. „Również na terenie gminy Skierbieszów istniał pluton ODB (Oddział Dywersji Bojowej), który podlegał ppor. Kolbie – Norbertowi. W skład tego plutonu wchodzili najbardziej bojowi ludzie, których zadaniem m.in. było umiejętne sprzątanie szpicli oraz zdobywanie pieniędzy dla organizacji”.
Jednak w nowej sytuacji struktura skierbieszowskiego Związku Walki Zbrojnej (który niebawem przeobraził się w Armię Krajową) się zmieniała. Tak tłumaczył to Józef Śmiech. „ZWZ powstała zaraz na początku okupacji i skupiała w swych szeregach przeważnie ludzi wojskowych, którzy przeszli kampanię wrześniową tzn. mieli już doświadczenie walki z wrogiem (…) (Teraz) wstępowali starzy i młodzi, kobiety i dziewczęta” – wspominał „Ciąg”. „Pamiętam, że w grudniu 1941 roku, niedługo po wysiedleniu Huszczki, przychodzili do mnie ludzie, by przed krzyżem złożyć uroczyście staropolską przysięgę „Będę walczył do ostatniej kropli krwi, tak mi dopomóż Bóg i Święta Syna męka Jego”.
Jedna z niemieckich formacji, która przeprowadzała próbne wysiedlenia m.in. w Huszczce Dużej słynęła z okrucieństwa, nawet wśród Niemców (będziemy o tym pisać na naszych łamach). Był to fragment książki Bogdana Nowaka pt. "Za drutami. Z archiwum ludzkich wspomnień". Publikacja została wydana przez Urząd Gminy w Skierbieszowie. Na zdjęciach obok przygotowania do książki oraz reportażu filmowego, który był częścią projektu.