Myśleliśmy, że się niebo wali. Pacyfikacja Soch przed trzecią falą wysiedleń Zamojszczyzny
„Między pięknymi górami Roztocza rozłożyła się biedna wieś, Sochy. Piaszczysta i kamienista gleba skąpe dawała plony, ludzie dorabiają i dorabiali w sąsiednim, uprzemysłowionym Zwierzyńcu. Dwa razy byłem w Sochach, chodziłem od chaty do chaty, rozmawiałem z tymi ludźmi, których niewielu zostało przy życiu” – czytamy w niepublikowanych dotąd w całości wspomnieniach Michała Bojarczuka pt. „Zamość w czasach okupacji”. „Tragedia miała miejsce 1 czerwca 1943 roku, był piękny, słoneczny ranek, ptaki śpiewały w pobliskim lesie, zboża lekko falowały, cieszyły się serca chłopskie, że chleba może wystarczy na przetrwanie ciężkiej niedoli, strasznej okupacji. Była godzina piąta rano, ludzie spali, jeszcze, gdy oddziały "Sonderkommando", "Schutzpolizei" i Ukraińcy, będący na służbie niemieckiej, otoczyły wieś zwartym pierścieniem. Rozpoczęła się straszna tragedia”.