„I ty, Brutusie, przeciwko mnie!”. O pewnej wybrakowanej monecie i niezwykle ciekawych czasach
- Napisane przez Bogdan Nowak
- Skomentuj jako pierwszy!
- Czytany 60 razy
- Wydrukuj
foto: Bogan Nowak
Monety bito wówczas ręcznie, a proces ich produkcji opierał się na sile ludzkich bicepsów. Odpowiednio przygotowany krążek srebra (być może przetopiony z jakichś łupów) należało rozgrzać, a potem precyzyjnie położyć go na dolnym, menniczym stemplu, który był wbudowany w specjalne kowadło. Następnie przykładało się drugi stempel, od góry i waliło młotem.
Trzeba było owe czynności wykonać wyjątkowo precyzyjnie, bo „rysunek” na monecie można było zaburzyć, zmienić, zniekształcić, popsuć (starożytne monety często można poznać po nierównych rantach, brzegach: to podobna „pierwsza metoda” gdy chcemy sprawdzić czy nie są aby fałszywe). Bywało też, że minimalne przesunięcie spowodowało, iż wyszedł on niecentrycznie.
Tak stało się w przypadku rzymskiej monety z 46 roku p.n.e., którą widzimy obok. Jej opis przygotowany przez kolekcjonera jest następujący: „Republika Rzymska, T. Carisius 46 p.n.e., denar, Rzym. Rzadszy”. Moneta ma średnicę 19 mm i wagę ok. 4 g.
Co na niej powinniśmy zobaczyć? Na awersie uwidoczniono głowę Romy w hełmie (z legendą „Roma”). Na rewersie wybito natomiast kilka przedstawień przedmiotów. To globus, róg obfitości, ster i berło okrętu. Pojawił się też napis „T Caris”, w otoczeniu wieńca.
Tyle, że rzemieślnik trochę spartaczył robotę. Dlaczego? Zapytałem Bogusię co mogło jej zdaniem się wówczas wydarzyć.
- Oczywiście rzemieślnik zobaczył piękną dziewczynę z wytrefionymi loczkami, w wykwintnym stroju według najnowszej, imperialnej mody. Na jej widok opadła mu szczęka i młot, z tym, że niedokładnie. Szła gdzieś obok, po uliczce, co go na chwilę rozproszyło. Mogło być jednak tak, że szedł tam mega-przystojny chłopak, bo to jednak Rzym – powiedziała Bogusia z uśmiechem.
Rzemieślnika mógł jednak także rozproszyć pięknie śpiewający w rzymskich opłotkach ptak, kumpel z pucharem wina, pytające o coś dziecko sąsiada, kupiec sprzedający oliwę, albo milion innych rzeczy lub spraw. Jednak tak naprawdę było to zapewne coś jeszcze innego.
Precyzja oka rzemieślnika mogła zawieść także z innego powodu. Zapewne rzemieślnicy musieli pracować wówczas naprawdę szybko – bo legiony nie mogły przecież czekać. I nie był to odosobniony przypadek w dziejach starożytnego Rzymu. Stąd być może pojawiały się takie „braki”. Z nadmiernego pośpiechu.
Podobno dla starożytnych nie miało to znaczenia (liczył się kruszec), to była dobra moneta i tyle. My patrzymy na to dzisiaj inaczej. Dlatego takie – nawet starożytne - monety bywają znacznie tańsze od tych bezbłędnych, pięknie zachowanych. I mogą kosztować dosłownie grosze (czyli kilkadziesiąt złotych).
Uwielbiam takie sytuacje, tego typu „braki”. Pobudzają one wyobraźnię, zmuszają do refleksji. Zawsze liczy się przecież człowiek: z jego niedoskonałością, emocjami. I tego starożytnego, wyobrażonego człowieka można jakoś w takich wyobrażonych sytuacjach poczuć, zrozumieć, nawet polubić.
Niesamowity jest także czas w jakim ów ciekawy przedmiot powstał. Przecież to starożytny Rzym rządzony przez Juliusza Cezara (jeszcze przez dwa lata)! Przecież to wielka historia, której można niemal dotknąć! Przecież już niebawem padną słynne słowa: - I ty, Brutusie, przeciwko mnie!
Niebawem w Zamościu odbędzie się ostatni w tym roku Pchli Targ pod chmurką. Może warto popytać o starożytne monety, nawet te najbardziej wybrakowane. Bo dzięki nim może nas spotkać (intelektualna) przygoda. Monety z innych czasów także są nie mniej fascynujące, inspirujące.