Logo
Wydrukuj tę stronę

O "wojennych" medalach z czasów PRL, które można za grosze kupić na pchlich targach (i w Internecie). Nadal budzą ogromny szacunek

foto: Bogdan Nowak foto: Bogdan Nowak
Każdy kto odwiedza giełdy kolekcjonerskie i pchle targi, przekopuje je, szpera, wie, że medale z czasów PRL można tam bardzo łatwo znaleźć i kupić za grosze. Sprzedawane są czasami za bezcen, niemal na kilogramy. Czasami taki „zestaw” kosztuje kilkadziesiąt złotych. Są jednak odznaczenia, które nadal mają olbrzymią moc i są bardzo ważne. Dla nas na pewno! Jednym z nich jest medal „Za udział w wojnie obronnej 1939”. Jest to odznaczenie państwowe ustanowione 3 lipca 1981 roku. Stanowi wyraz uznania, wobec osób, które podczas wojny obronnej w 1939 roku (w dniach od 1 września do 6 października) brały udział w walkach z niemieckim najeźdźcą.

Sprzedają lub oddają „różne przedmioty”

Ustanowienie tego odznaczenia miało być – jak można przeczytać w rożnych opracowaniach - także próbą pozyskania przychylności społeczeństwa dla komunistycznej władzy, formą ocieplenia jej wizerunku. Dobrze to odznaczenie znam. Takim medalem został uhonorowany mój dziadek Jan Nowak, żołnierz hrubieszowskiego 2. Pułku Strzelców Konnych, a podczas wojny obronnej - 27. Pułku Artylerii Lekkiej z Włodzimierza Wołyńskiego.

Walczył w jego szeregach „w ramach” Armii Pomorze. A potem wycofywał się, aż do bitwy nad Bzurą. Mój dziadek trafił do niemieckiej niewoli (był ranny) i został z niej wyzwolony dopiero przez aliantów. Pamiętam, że gdy byłem małym chłopcem bardzo byłem dumny z dziadka, jego ułańskiej, a potem artyleryjskiej historii i jego dwóch odznaczeń. Jednym z nich było właśnie to „Za udział w wojnie obronnej”. Teraz widuję takie medale na giełdach kolekcjonerskich, wśród różnych szpargałów. Nie obraża mnie to, a jedynie głęboko zastanawia,

Jest jeszcze przynajmniej jeden medal z lat 80. ubiegłego wieku, który budzi mój ogromny szacunek. To Warszawski Krzyż Powstańczy.

Odznaczenie było wyrazem hołdu dla uczestników Powstania Warszawskiego. Nadawano je także kobietom, które należały w powstaniu do Wojskowej Służby Kobiet.

Kolekcjoner, który mi widoczny na zdjęciu „krzyż” sprzedał: nie wiedział kto go otrzymał, ale słyszał, iż podobno został on nadany jednej z „dziewczyn WSK, która była potem więźniarką”. Tylko tyle. Takie medale - moim zdaniem - nadal otacza jakaś dziwna, piękna aura. Dlaczego pojawiają się jednak na pchlich targach, wśród różnych "niepotrzebnych rzeczy z drugiej ręki" (tak się takie miejsca czasami reklamują). Tak mi to wytłumaczył jeden z kolekcjonerów.

- Ludzie umierają, a rodziny się czasami historią wcale nie interesują. Sprzedają lub oddają różne przedmioty. A ze starymi zdjęciami to już w ogóle nie wiedzą co robić – usłyszałem.

Potoki żalu

Jeszcze jedna refleksja o medalach z czasów PRL-u, które budzą mój wielki szacunek oraz ludziach, których nimi kiedyś dekorowano. Oraz trochę historii, którą można uznać za prywatną. Obok widać także inne odznaczenie. Takim samym został udekorowany dziadek mojej żony – Jan Gwiazdowski. Był świetnym, ciekawym człowiekiem.

Myślę, że się bardzo polubiliśmy. Kiedyś podczas całodziennego zbierania orzechów w podzamojskim Barchaczowie, wśród żółknących leszczyn, opowiedział mi historię swojej młodości i... walki. Był Wołyniakiem, dobrze pamiętał krwawą rzeź jaką UPA zgotowało tam naszym rodakom. Potem wstąpił w szeregi I Armii Wojska Polskiego i wraz z nią przeszedł cały szlak bojowy, aż do Berlina. Kilka jego historii szczególnie utkwiło mi w pamięci. Dziadek Jan opowiadał o płonącej Warszawie podczas Powstania Warszawskiego i rozpaczy polskich żołnierzy, którzy musieli stać za Wisłą i patrzeć na tę gorejącą gehennę. Długo mówił o żołnierskich łzach, ale też bezsilnej złości jego towarzyszy broni.

Wspominał również inny płacz. Kiedyś podczas czyszczenia broni jego karabin nagle wystrzelił. Kula wbiła się w ścianę tuż obok głowy jego serdecznego kolegi, innego żołnierza. Obaj spojrzeli na siebie, a po chwili rzucili się sobie w objęcia. I znów wylały się potoki żalu: za los, który zgotowała im bezwzględna historia, za domy, które musieli opuścić, za palącą nienawiść, która wszystko dookoła niszczyła, za zgliszcza, w które zmieniła się Ojczyzna.

Jeden dziadek wyzwolił drugiego

A potem był szturm na stolicę III Rzeszy. Chyba jedyny w dziejach, w którym brali udział polscy żołnierze. To za niego dziadek Jan dostał medal „Za udział w walkach o Berlin”. Chyba nie przykładał do niego wielkiej wagi. Nigdy nie widziałem, żeby go nosił, nie słyszałem, żeby o nim opowiadał. Z ogromnym szacunkiem mówił za to o Armii Krajowej, Batalionach Chłopskich, ale także żołnierzach I Armii Wojska Polskiego. Rozumiał, że polskiej krwi - przelanej za Ojczyznę - nie powinno się wartościować.

Nie spisałem wspomnień dziadka Jana, chociaż gdy jeszcze żył, byłem już początkującym dziennikarzem. To mój ogromny błąd. Uważałem, że mam na to czas, że skoro przez tak długi czas był w dobrej formie (jako zielarz, miłośnik zdrowego odżywiania), to będzie żył wiecznie. Pomyliłem się...

Co ciekawe mój "rodzony" dziadek Stanisław Wieczerza był podczas II wojny światowej (w 1942 roku) wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. Pracował w fabryce broni. W Berlinie, aż do końca wojny. Lubię myśleć, że jeden dziadek wyzwolił drugiego.


Redakcja serwisu ezamosc.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczonych reklam, ogłoszeń i komentarzy. Zdjęcia i artykuły stanowią własność autora i są chronione prawem autorskim. Redakcja zastrzega sobie prawo do redagowania i skracania nadesłanych tekstów.
Copyright © ezamosc.pl