Reklama

U nas tylko bieda, parchy, wszy. Czyli jak przetrwać na froncie wschodnim I wojny światowej

U nas tylko bieda, parchy, wszy. Czyli jak przetrwać na froncie wschodnim I wojny światowej

„We wsi po chałupach ludzie zapalali światło, a gdy kwatermistrzowie zaczęli pukać do drzwi pierwszej z brzegu chałupy, aby się dowiedzieć, gdzie mieszka wójt, zza zamkniętych drzwi odezwał się jękliwy i wrzaskliwy głos kobiecy, który z polska po ukraińsku wywodził, że mąż na wojnie, w domu dzieci chore na ospę, a Moskale wszystko pozabierali i jak mąż wyruszał na wojnę, to nakazywał, żeby w nocy nikomu nie otwierać”.

Austro-węgierscy wojacy nie dawali się jednak łatwo odprawić z kwitkiem. „Dopiero gdy szturm do chałupy poparli oświadczeniem, że są kwatermistrzami, drzwi otworzyła im jakaś tajemnicza ręka, a wtedy pokazało się, że to właśnie tutaj mieszka wójt, który daremnie starał się Szwejka przekonać, że to nie on przemawiał takim jękliwym kobiecym głosem”.

Krowa chora, melancholijna

Opis tej trochę komicznej, a trochę strasznej sytuacji możemy znaleźć w drugim tomie „Przygód dobrego wojaka Szwejka” napisanych przez Jarosława Haška (w rozdziale „Marschieren! Marsch!”). Żołnierze z pułku sympatycznego bohatera tych opowieści dotarli właśnie do wioski Liskowiec niedaleko Krościenka. Cesarsko-królewscy wojacy zaplanowali tam nocleg. Jednak miejscowy wójt nie zachowywał się zbyt gościnnie. Tłumaczył, że wioska na nocleg dla całej kompanii jest zbyt mała. Zapewniał, że nawet jeden żołnierz się w niej żadnym sposobem nie zmieści. Do kupienia także nie było podobno niczego, bo wszystko wcześniej zabrali miejscowym Moskale.

„A tutaj w Liskowcu? Bieda, parchy i wszy - tłumaczył płaczliwie wójt. „On sam miał niegdyś pięć krów, ale Moskale wszystko mu zabrali, tak że on sam, gdy potrzebuje mleka dla swoich drogich dzieci musi po nie chodzić, aż do Krościenka”. Wówczas żołnierze usłyszeli, „jakby na dowód prawdziwości jego słów” buczenie wójtowych krówek z pobliskiej obory oraz ściszony głos jego żony, która nakazywała im milczenie oraz... życzyła, żeby je cholera pokręciła. Wójta to jednak jakoś nie zmieszało.

„Jedyną krowę ma tutaj sąsiad Wojciech, której głos panowie dobrodzieje raczyli słyszeć. Jest to krowa chora, melancholijna” - tłumaczył żołnierzom wójt. „Moskale zabrali jej cielątko. Od tego czasu mleka nie daje, ale gospodarzowi jej żal, nie chce jej zarżnąć, bo ma nadzieję, że Matka Boska Częstochowska odmieni wszystko na lepsze”.

Wójt uporczywie odsyłał nieproszonych gości do sąsiedniego Krościenka. Dopiero gdy przybyli wojacy postraszyli, iż go powieszą, znalazły się wreszcie noclegi i prowiant dla wojska. Takie sytuacje zdarzały się na froncie wschodnim I wojny światowej zapewne bardzo często. Bo umęczeni mieszkańcy polskich wiosek mieli powyżej dziurki w nosie maszerujących wojsk rosyjskich, austro-węgierskich, a nawet niemieckich (we wszystkich służyli zresztą także Polacy) i ich opiewanych w armijnych biuletynach „bohaterskich” wyczynów. Zwykli ludzie próbowali za wszelką cenę przetrwać. Przeżyć nie było jednak łatwo...

Zabrano wszystko

W wyniku działań związanych z I wojną światową zginął lub zmarł z głodu co trzeci mieszkaniec powiatu hrubieszowskiego i tomaszowskiego (w powiatach zamojskim i biłgorajskim straty były mniejsze). Zabito też 60 proc. wszystkich koni i aż 70 proc. bydła. Tylko w powiecie hrubieszowskim zniszczono aż 25 proc. wszystkich budynków.

„Ziemia ta ongi mlekiem i miodem płynąca, słynna ze swych urodzajów, sławiąca się stajniami i oborami dziś przedstawia obraz nędzy i zniszczenia” - pisał w 1918 r. na łamach „Kroniki Powiatu Zamojskiego” inż. Janusz Królikowski. „W czasie ciągłych przemarszów wojsk w różnych kierunkach - zabrano wszystko co było godnym do wzięcia, resztę spalono”.

Nie oszczędzono niczego. „Zniszczono stare dwory, kolebki kultury polskiej, z licznymi wprost nie dającymi się ocenić księgozbiorami, zniszczono ogniska przemysłu, znakomicie prosperującą stacje doświadczalną w Poturzynie (pow. tomaszowski) itd.” - wyliczał inż Królikowski. „Toteż nigdzie nie widać tylu pogorzelisk, smętarzy wojennych, powycinanych lasów, porytych rowami, granatami i odłogiem leżących pól co na ziemi hrubieszowskiej”.

Zniszczenia wojenne uwieczniono na wielu zdjęciach z czasów I wojny światowej. Czasami możemy także zauważyć jaka była postawa ludności cywilnej wobec wojaków przeróżnych armii. Na jednym ze zdjęć kupionych ostatnio na zamojskiej Giełdzie Kolekcjonerskiej widać np. jakiegoś mężczyznę w kapeluszu, marynarce i białej koszuli. Ma on także pokaźne wąsy i bose stopy. Stoi obok jakiejś obórki lub stodółki i jedną ręką wskazuje dziurę w dachu i w ścianie tego budynku. Wygląda to tak jakby ów duży otwór wybił zabłąkany pocisk. Obok tego gospodarza stoi postawny mężczyzna. Jest on podobnie ubrany do prezentującego charakterystycznym gestem wyrwę chłopa, ale znajduje się chyba nieco wyżej w wiejskiej hierarchii, bo ma jak widać na zdjęciu... porządne, czubate buty (może to miejscowy wójt?). W środku stoi natomiast austro-węgierski wojak w nonszalanckiej pozie. Wpatruje się dość obojętnie w twarz bosego gospodarza. O czym mężczyźni mogli wówczas rozmawiać? Mogło być tak:

- No więc sami panowie widzicie, że ruska armata narobiła nam niepomiernych szkód. Nie mamy też dla wojska niczego, tylko tyle zostało, że sami możemy przeżyć, jakoś przeciągnąć do zimy. No i tę dziurę trzeba koniecznie załatać, bo wiatr hula po obórce... Pomóżcie nam, poratujcie czemkolwiek - mówił bosy gospodarz do przybyłych.

- To jest wojna. Żołnierze marzną w okopach, a wam zachciewa się luksusów dla krów i świń - burknął w odpowiedzi na owe skargi żołnierz.

W tym momencie wojskowy fotograf pstryknął zdjęcie. Następnie komisja dokładnie, dla porządku, wymierzyła wielkość dziury w budynku oraz... zabrała pozostałe w obórce zwierzęta, kury z kurnika i zboże ze spichlerza.

Jesteśmy źle ubrani

Podczas Giełdy Kolekcjonerskiej udało mi się kupić jeszcze jedno archiwalne zdjęcie. Widać na nim trzech żołnierzy w mundurach austro-węgierskiej armii. Fotografia została wykonana 3 listopada 1912 r. w miejscowości Osijek (węgierskie Eszék), we wschodniej Chorwacji. Z podpisów zamieszczonych na rewersie zdjęcia możemy wywnioskować, iż wszyscy trzej wojacy byli prawdopodobnie Polakami wcielonymi do armii austro-węgierskiej.

Fotografia została wysłana jako pocztówka do Janiny Jaskierskiej ze Stanisławowa Kolonii w Galicji. Przyklejono do niej znaczek i przybito stempel pocztowy. Co jest w niej jeszcze ciekawego? W dopisku jeden z wojaków napisał do adresatki: „Źle jesteśmy (na jesień) ubrani, a ja do tego byłem chory”.

Widać armia austro-węgierska cierpiała na różne braki nawet w czasach pokoju. Gdy wybuchła wojna sytuacja jeszcze się pogorszyła. Niestety na własnej skórze odczuła to także ludność cywilna.

Bogdan Nowak

Skomentuj

- Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
- Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
- Portal ezamosc.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.
- Użytkownik publikując komentarze reprezentuje własne poglądy i opinie, biorąc pełną odpowiedzialność karną i cywilną za publikowane treści.
- Pola wymagane są oznaczone *
- Twój adres email nie będzie opublikowany
- Korzystając z opcji 'komentarz', akceptujesz zasady regulaminu i politykę prywatności.
- Aby dodać komentarz, musisz zaznaczyć pole "Nie jestem robotem", tym samym potwierdzasz, że akceptujesz zasady regulaminu

Powrót na górę

Sekcje

Polecamy

ezamosc.pl

Reklama

Narzędzia

Follow Us